![]() |
źródło okładki: nk.com.pl |
Niebawem
– bo już 14 lutego – do księgarń trafi moja najnowsza powieść. Nakładem Wydawnictwa
Nasza Księgarnia ukaże się „Córka głosu”, pierwszy tom dylogii „Księga życia
Hili Campos”. A tak brzmi oficjalna
zapowiedź książki.
Jest rok 1597. W chrześcijańskiej Wenecji Żydzi żyją za
murami getta, a za przywilej praktykowania swojej wiary odwdzięczają się
wiernością wobec Republiki i poszanowaniem jej praw. Na galeonie handlowym
kupiec Menachem Campos wypływa do Stambułu, Hila, jego córka, szykuje się do
zaślubin, a młoda synowa spodziewa się narodzin upragnionego syna. Los zdaje
się im sprzyjać, lecz do czasu, bo gdy z morza nadchodzą tragiczne wieści,
żydowską Wenecją wstrząsają pogłoski o tajemniczych znakach – zwiastunach
prześladowań i klęsk…
"Księga życia Hili
Campos" to porywająca dylogia opowiadająca o burzliwych dziejach
sefardyjskich Żydów, wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii edyktem króla Ferdynanda
i królowej Izabeli. Pragnienie znalezienia nowej ojczyzny wiedzie ród Camposów
do najpotężniejszych państw szesnastowiecznej Europy, a niekończącym się
peregrynacjom przyświeca idea "città ideale" – miasta idealnego. Czy
to możliwe, że nazywa się ono Zamość…? [1]
Praca nad „Córką głosu” zajęła mi niemal
dwa lata. Wymagała drobiazgowej dokumentacji, bo pisanie o szesnastowiecznej
Wenecji i o początkach istnienia Zamościa okazało się prawdziwym wyzwaniem. Co znajdziecie w powieści? Wspominałam już o tym na blogu, odsyłam więc Was do następujących postów:
Księgi sekretów - czas-bezpowrotnie-miniony.blogspot/ksiegi-sekretow
Dwa miasta - czas-bezpowrotnie-miniony.blogspot.com/dwa-miasta
Buty przy kominku - czas-bezpowrotnie-miniony.blogspot.com/buty-przy-kominku
Raj ksiąg - czas-bezpowrotnie-miniony.blogspot.com/raj-ksiag
Mąż w domu, ból szczęki - czas-bezpowrotnie-miniony.blogspot.com//maz-w-domu-bol-szczeki
Kolekcjonerzy osobliwości - czas-bezpowrotnie-miniony.blogspot.com/kolekcjonerzy-osobliwosci
Księgi Wenecji - czas-bezpowrotnie-miniony.blogspot.com/ksiegi-wenecji
Hipokrates, morowe powietrze i... kopyto łosia - czas-bezpowrotnie-miniony.blogspot.com/hipokrates-morowe-powietrze-i-kopyto
Kupiec wenecki - czas-bezpowrotnie-miniony.blogspot.com//kupiec-wenecki
Dziś czekam niecierpliwie na premierę - i na Wasze wrażenia. A dla zaostrzenia apetytów i na zachętę proponuję lekturę fragmentu powieści. Możecie go też znaleźć do pobrania na stronie Naszej Księgarni - nk.com.pl.
CÓRKA GŁOSU
fragment
1
Biada
człowiekowi, który nie umie
odróżnić, co dobre, a co złe.
Sanhedrin
193
Przyszłam na świat w czwartym roku
po wielkiej zarazie, w połowie wilgotnego i upalnego lata. Czarna
śmierć znów pustoszyła Wenecję, choć był to pomniejszy atak, jeden z tych,
o których próżno by szukać wzmianek w miejscowych annałach. Mnie
jednak doświadczył jak najdotkliwiej.
Gdym odrosła od ziemi, opowiadano, że
kiedy ojciec obwieścił w synagodze moje imię, które otrzymałam na cześć
babki Hili Misrahi Campos, miasto wciąż przyodziane było w kir,
a powietrze poszarzałe od dymu z domostw okadzanych paloną smołą.
Medycy, także ci najświatlejsi spośród uczniów Galena i Hipokratesa,
bezradnie rozkładali ręce, mór zbierał więc przeobfite żniwo, a choć
wycofał się niebawem, nie oszczędził mojej matki. Osłabiona trudnym porodem
zachorowała u schyłku miesiąca aw i przeczuwając bliskość śmierci,
powierzyła dzieci Lei, powinowatej i przyjaciółce, po czym zgasła.
Nie umiałabym przywołać choćby mglistego
wspomnienia niewiasty, która mnie urodziła. A przecież jej przedwczesna
śmierć, a także fakt, iż początek mego życia przypadł na czas i dla
niej, i dla Wenecji tak tragiczny w skutkach, odcisnęły osobliwe
piętno: uwrażliwiły na to, co istniało pomiędzy światem realnym, postrzeganym
dzięki zmysłom, a światem wyższym, dla większości ludzi niedostępnym. Nie
od razu się oswoiłam z tym szczególnym darem. Co więcej, kryłam go
starannie, nie mając pewności, czym w istocie jest. Tymczasem
z biegiem lat owa zdolność przybrała na sile, a choć nie od razu,
w końcu tak do niej przywykłam, że gdyby mi ją odjąć, odczułabym ten brak
jak utratę wzroku, słuchu albo mowy.
Matkę znałam z opowieści. Lecz nie
zasłyszanych od ojca, ponieważ przybity stratą i przedwcześnie postarzały,
nie miał w zwyczaju sięgać pamięcią do lat, które przeżył w miłości
i względnym spokoju. Nie obwiniał o swe nieszczęście losu ani tym
bardziej Pana, nie złorzeczył i się nie odgrażał, jednak wraz ze śmiercią
ukochanej postradał to, co czyniło go troskliwym i czułym opiekunem
rodziny: radość życia. Wbrew obyczajowi i naukom rabina nie szukał nowej
małżonki, albowiem śmierć tej, którą nazywał klejnotem swoich oczu,
przyrównywał do zburzenia Świątyni, tak wielką odczuł stratę. Ponieważ wierzył,
że tylko przy pierwszej żonie mógł zaznać szczęścia, osierocony dom poruczył
Lei, a sam bez reszty poświęcił się podróżom i interesom. Mimo to nie
czułam się osamotniona i odtrącona, gdyż dorastałam wśród bliskich,
z którymi byłam zżyta i którzy okazywali mi troskę
i przywiązanie.
![]() |
John Singer Sargent, The Giudecca, Venice; źródło obrazu: www.the-athenaeum.org |
Zwłaszcza w dzieciństwie marzyłam,
że o świcie budzi mnie głos matki, lecz zamiast niego słyszałam plusk
wody. Przy nim zasypiałam i przy nim o brzasku zrywałam się
z posłania, by z głową ciężką od niedośnionych snów, z oczami
pociemniałymi od majaków krzątać się we wspólnej alkowie przy łożu, oknie
wychodzącym na wąską i gwarną uliczkę, przy misie i dzbanie.
Nawoływanie nieodległego morza splatało się z codziennymi modlitwami i z tęsknymi
melodiami nuconymi przez starą Leę. Jej usta, spękane niczym skórka ciemnego
chleba, chętniej wspominały czasy sprzed getta niż zdarzenia wczorajszego dnia.
Szept wody był przytłumiony i monotonny, można by zatem bez wysiłku
wyrzucić go z pamięci, gdyby nie zapachy ryb sprzedawanych na pobliskim
targu i smród wilgoci, która wgryzła się w ściany domostwa brunatnymi
liszajami, pleniąc się niczym bluszcz i obejmując w posiadanie
podłogi oraz niskie sufity.
Ludzie wierzyli, że złoto Wenecji
wytrysło z morskich głębin, które niczym szańce opasywały miasto, strzegąc
jego skarbów. Bywało, że fale łagodnie pieściły nabrzeża wysp i wysepek
laguny, widziałam jednak, jak z furią podtapiały katedry, cmentarze,
okazałe pałace, składy kupieckie, domy bogatych i biednych, więc
w głębi duszy sądziłam, że wenecjanie są w błędzie – morze dawało
przecież tyle dobrego, ile złego, a jego szczodrości dorównywała
bezwzględność. Niczym sprawiedliwy, lecz surowy sędzia wszystkich traktowało
tak samo, nie czyniąc różnicy między patrycjuszem a żebrakiem. Ale nie
wyobrażałam sobie życia na stałym lądzie, morze było bowiem doskonale piękne,
o urodzie zmiennej niczym kształt księżyca. Gdy wiejący od laguny salso
niósł zapach wodorostów, mieniło się niczym oprószone diamentowym pyłem. Kiedy
zjawiała się bora, wiatr północno-wschodni, przywołując wilgoć i chłodząc
rozgrzaną skwarem skórę, ciemniało jak horyzont kąsany przez szalejącą wichurę.
Myślałam wówczas, że barwy najprzedniejszego jedwabiu sprowadzanego na
galeonach handlowych przez mego ojca są nijakie i wyblakłe, jako że nic
nie mogło się mierzyć z kolorami Adriatyku.
W owym czasie przywykliśmy do
myśli, że Wenecja na zawsze przygarnęła mnie i moich bliskich, dając
wprawdzie mniej, niżbyśmy pragnęli, lecz więcej niż ktokolwiek na świecie.
Okazano nam gościnność, na tyle jednak ostrożną, abyśmy pamiętali, że jesteśmy
obcy i że uczyniono nam łaskę. Musieliśmy więc podporządkować się prawom,
na które nikt z nas, wygnańców, nie miał wpływu. Naznaczeni żółtym
piętnem, przygnieceni nadmiernymi podatkami, oddzieleni murem getta od morza
i siedzib patrycjuszy, nie byliśmy godni zaufania ani tym bardziej
miłości, choć Republika Wenecka nie wzdragała się sięgać łakomą ręką po nasze
dukaty. Mimo to dochowywaliśmy jej wierności. Ojciec pomnażał bogactwa
Serenissimy: od każdego łokcia sprowadzonego sukna płacił drakońskie cła
i nie uchylał się od innych świadczeń, a więc od specjalnych opłat za
spożywanie soli, której używaliśmy więcej niż chrześcijanie, od zobowiązań na
rzecz banków i ambasadorów, od wygórowanego czynszu i niezliczonych
podatków nadzwyczajnych, które spadały na nas częściej niż grad latem.
Rzadko widywałam go w owym czasie.
Podróżował do krajów Lewantu albo na północ, do Hamburga i Amsterdamu,
a z nim Ruben, mój najstarszy brat. Każdy ich szczęśliwy powrót
fetowaliśmy wystawnym posiłkiem i koszernym winem. Dawid, drugi brat,
kształcił się na medyka, bo chociaż w naszym kupieckim rodzie profesję ową
wykonywano niezwykle rzadko, widok umierającej matki tak nim wstrząsnął, iż
poświęcił się walce z bólem i cierpieniem, pragnąc je zwyciężać.
Studiował w Padwie i choć jako Izraelita płacił czesne wyższe niż
chrześcijanie, nie uskarżał się i nie buntował, gdyż mimo wszystko nie
dawano mu odczuć, aby był pośledniejszego stanu. Ceniono go za dociekliwość
i pracowitość, czym w krótkim czasie zaskarbił sobie przyjaźń
scholarów i podziw padewskich uczonych. On także z nawiązką
odwdzięczył się Wenecji; ukończywszy naukę, wrócił do domu, a przystąpiwszy
do leczenia, zyskał niebawem taką sławę, że wyróżniono go przywilejem praktykowania
wśród chrześcijan.
W najmłodszym z braci, Ezrze,
widziałam krnąbrnego młokosa, choć górował nade mną wiekiem, bo dzielił nas
rok. Był ulubieńcem Lei, która w jego rysach rozpoznawała cień twarzy
swego zmarłego męża, brata naszego ojca, a w oczach barwę źrenic
ukochanej świekry. Niczym narowisty, nieokiełznany źrebak chadzał własnymi
ścieżkami, a ponieważ było ich wiele i wszystkie omijały nasz dom
oraz kupiecki skład, nieustannie miał na pieńku z ojcem
i z braćmi. Trudno było orzec, co zniechęciło go do handlu
i czemu, choć liczył już osiemnaście lat, nie myślał się ustatkować.
Lękając się o przyszłość, do znudzenia przypominaliśmy mu
o powinnościach, ganiliśmy za krnąbrność i samowolę. Mnie z tego
powodu zaczął z czasem unikać. Żywiąc doń gorące siostrzane uczucie, nie
mogłam ścierpieć gwałtowności uczynków i słów ukochanego brata, łajałam go
zatem najsurowiej, bo szczerze wierzyłam w jego dobroć i zdolność do
poprawy.
![]() |
John Singer Sargent, Venetian Doorway (1903-1904); źródło obrazu: www.the-athenaeum.org |
W domu należącym do czterech
mężczyzn to niewiasty troszczyły się, by skrzynie i kredensy były pełne.
Słynąca z gospodarności Lea dzierżyła klucze do spiżarni, skrzętnie
zarządzając zgromadzonymi tam zapasami i dbając, aby nie zabrakło oliwy,
przypraw i koszernego pieczywa. Chleb, zamiast kupować w pobliskiej
piekarni, wypiekała sama, czyniąc to tak zręcznie, że żaden inny nie miał podobnie
złocistej skórki i miękkiego, pachnącego zaczynem wnętrza. Chaja, żona
Rubena, nad sąsiadkami górowała skromnością i macierzyńskim ciepłem,
a ponieważ przyszła na świat w rodzinie osiadłej w niemieckim
kwartale getta, i jak nikt z nas w dzieciństwie doświadczyła
ubóstwa, wyróżniała się hojnością i miłosiernymi uczynkami. Tylko dzięki niej
ustawiona pośrodku stołu ofiarnica napełniała się monetami szybciej niż
w innych domach, ażeby później trafić do potrzebujących. To, na czym nam
zbywało, a nawet znacznie więcej, zanosiła do synagogi, gdzie pod jej
bacznym okiem rozdzielano datki wśród najbiedniejszych w gminie. Ja zaś
uważałam się za w czepku urodzoną i najszczęśliwszą, bo mimo trudów
codzienności, mimo pracy w przydomowym warsztacie i zwyczajnych
w moim wieku trosk, żyłam oczekiwaniem pomyślniejszej przyszłości.
Minionej jesieni bowiem, tuż przed wypłynięciem w morze, ojciec
przeznaczył mi na małżonka mężczyznę drogiego mojemu sercu. Szykowałam więc
ślubną wyprawę, odliczając dni do zamążpójścia.
Choć uważaliśmy się za wenecjan,
szanowaliśmy przeszłość swego rodu. Często wracaliśmy pamięcią do dni, gdy
zamieszkiwał na ziemi Sefarad, w Toledo, wiodąc dostatni i szczęśliwy
żywot. Interesy miały się wówczas nadspodziewanie dobrze, przyjaciele odpłacali
wiernością za lojalność i dobre słowo, Jahwe przypatrywał się moim przodkom
z uśmiechem aprobaty, bo ich czyny były szlachetne i pełne bojaźni
Bożej. Jednak nadeszły mroczne czasy, gdy miejsce przychylności zajęła
nieskrywana wrogość tłuszczy oraz władców, którzy wcześniej bez ograniczeń
czerpali z naszej kiesy… W końcu zhańbiono nasz ród wygnaniem. Aby go
uniknąć, niektórzy przyjęli hiszpańskie imiona i zmienili wiarę, lecz na
próżno, bo tym bardziej cierpieli od prześladowań, a podejrzeniom,
skądinąd słusznym, że mimo chrztu hołdują starym obyczajom, nie było końca.
Porzuciwszy więc majątek, sąsiadów i dalszych krewnych, bez nadziei na
rychły powrót udali się do Portugalii. Jednak i tam dręczono ich
i nękano. Chcąc ratować życie i przynajmniej część majętności,
pradziadek nakłonił bliskich, by poprawy losu szukać na północy. Tym sposobem,
w pośpiechu i tajemnicy, wymknęli się z Lizbony.
W Antwerpii postępowali niczym
królowa Estera. Jak ona taili żydowskie korzenie, mieniąc się katolickimi
Hiszpanami, modląc się w kościołach, potomstwo podając do chrztu, zmarłych
grzebiąc na chrześcijańskich cmentarzach. Dzięki temu więcej nie nastawano na
ich wolność. Lecz czując się Izraelitami, przestrzegali przykazań Tory,
w przydomowych synagogach wsłuchiwali się w słowa rabinów, świętowali
szabat i Paschę, potomstwu zaś nadawali podwójne imiona, hiszpańskie
i żydowskie. Z czasem ich codzienność i postępki nacechowała
dwoistość, jednak coraz trudniej znosili fałsz i obłudę, w których
żyli, i nie wiedzieli już, kim są naprawdę.
Kiedy na świat przyszedł mój ojciec, na
chrzcie otrzymał imiona Ignacio Severino, ale w domu, z dala od oczu
i uszu chrześcijan, wołano nań zgodnie z żydowską tradycją mianem
jego dziadka Menachema. Od młodych lat przysposabiano go do przejęcia
interesów, które wymagały, aby przemierzał najdalsze szlaki handlowe odkrytego
świata. Wpajano mu wiedzę, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, lecz
przede wszystkim przestrzegano, by za wszelką cenę zachowywał pozory, udając
religijnego chrześcijanina, co czynił, starając się jednocześnie nie uchybiać
żydowskim obyczajom. Jednak gdy dotarła doń wieść o swobodach przyznanych
Żydom w Wenecji, zapragnął zrzucić brzemię życia w kłamstwie
i wyruszył na południe, aby powrócić do prawdziwego wyznania.
W pierwszych latach przylgnęło doń pogardliwe miano marrana, jednakże
z czasem, gdy się na nim poznano, puszczono je w niepamięć. Ponieważ
urodziłam się już w getcie, historię tę znałam jedynie od innych krewnych.
![]() |
John Singer Sargent, The Grand Canal, Venice (1902-1904); źródło obrazu: www.the-athenaeum.org |
Mimo że światlejsi i pobożniejsi
ode mnie doszukiwali się głębszego sensu w tym, co spotykało nas
i nasz naród, ja zwykłam mawiać, że jak po zmierzchu nastaje noc, po
jesieni zima, po wieku dojrzałym starość, tak po dniach spokoju przychodzi
zamęt. I dodawałam jeszcze, żeśmy marną cząstką wielkiego planu,
w którym smutki i radości dopełniają się, tworząc całość. Kiedy więc
światem włada chaos, nie wolno tracić nadziei na odmianę, bo ta prędzej czy
później nastąpi. Zgryzoty są bowiem niczym kurz, który wciska się w oczy,
drażni je i oślepia, a przecież wystarczy powiew wiatru, aby go
rozwiać. Zdarzenia, które opiszę dla przestrogi i nauki moich najdroższych
dzieci oraz by przetrwała o nich pamięć, spadły na nasz ród tak
niespodziewanie, że na długi czas zwątpiliśmy w ład świata. Ponieważ dotąd
Adonai nam sprzyjał, lękaliśmy się nawet, iż utraciliśmy Jego przychylność –
jak wówczas, gdy przed wiekiem moi przodkowie porzucili w pośpiechu
Hiszpanię, żeby ratować życie. Będą to po części księgi radości, a po
części księgi rozpaczy, bo taka jest natura człowieka i taki przeznaczono
mu los na ziemi, gdzie dobro i zło są niczym rodzeni bracia. I tylko
biada temu, kto nie umie rozróżnić, co dobre, a co złe. Trwał zatem rok
5357 od stworzenia świata, według kalendarza chrześcijańskiego 1597, gdy to, na
co pracowaliśmy i co było nam drogie, legło w gruzach.
2
Wszystko
zgodnie ze swoim czasem.
Bawa
Mecyja 40
Dłonie Lei, drobne i ruchliwe,
o skórze suchej i pomarszczonej niczym u przejrzałej śliwki,
czyniły najprawdziwsze cuda: z cieńszego od zamszu ciasta wykrawały
trójkąty, których rogi poświęcała szeptem trzem prorokom: Abrahamowi, Izaakowi
i Jakubowi. A gdy nakazała, abym rozgrzała tłuszcz, bo sama nakładała
farsz – po łyżce maku z rodzynkami, figami i miodem – w moim
zziębniętym ciele rozlewało się z wolna kojące ciepło, jakbym miała
w sobie ogień równy temu pod kuchnią albo nawet, choć nieduże, słońce.
Bo zimą najbardziej tęskniłam do słońca,
zwłaszcza w te noce, gdy w każdym domowym kącie unosiła się gorzkawa
woń pleśni, a także wtedy, gdy ulice i place spływały wartkimi
strugami deszczówki, mury niczym gąbka nasiąkały wodą i, porowate od
kruszejącego tynku, z którego łuszczyła się farba, przepuszczały
przejmujące dreszczem zimno. Bywało tak mroźnie, że wbrew temu, czego można by
się spodziewać po łagodnym klimacie Italii, morze skuwał gruby lód,
a wenecjanie, porzuciwszy gondole, na stały ląd docierali piechotą.
I choć tegoroczna zima oszczędziła nam podobnych niespodzianek, w domach
szóstego sestiere, szczególnie za wysokimi murami getta, z tęsknotą i nadzieją
wyglądaliśmy wiosny.
Kiedy na skwierczącą patelnię położyłam
na próbę ciastko, a potem kolejne i kolejne, buzujący ogień zdążył
mnie już rozgrzać i powlec moje policzki szkarłatem. Wytarłszy więc dłonie
o fartuch, którym byłam przepasana, podeszłam do okna, uchyliłam je,
oparłam się na chłodnych kamieniach, i wyjrzałam. Naprzeciwko stał dom tak
wysoki, że zasłaniał rozjaśniające się niebo, więc choć właśnie zaczynał się
dzień, ulicę w dole zasnuwały cienie, i tylko po prawej, gdzie
w zasięgu wzroku miałam placyk i ocembrowaną studnię, srebrzyło się
światło. Było jeszcze cicho i pusto, bo o tak wczesnej porze getto
dopiero budziło się ze snu, lecz wiedziałam, że kiedy zabrzmi spiżowy głos
Marangony, dzwonu z kampanili kościoła Świętego Marka, wylegną tłumy
i pospieszą do bramy, a stamtąd do chrześcijańskich kwartałów miasta.
![]() |
John Singer Sargent, Dolomites, 19014; źródło obrazu: www.the-athenaeum.org |
Nagły powiew wiatru przejął mnie
dreszczem. Cofnęłam się do kuchni, lecz w powietrzu, które liznęło mi twarz
i szyję, wyczułam przedziwną świeżość, jakby nie było nasze, weneckie,
a już na pewno nie pochodziło z getta, tylko z daleka, może od
szczytów Dolomitów. Przeszło mi nawet przez myśl, że to już przedwiośnie, więc
choć nie wyczuwam zapachu trawy, ani tym bardziej kwiatów, bo natura śpi
jeszcze i nawet nasze dzwony są wobec tego snu bezradne, będzie cieplej i przynajmniej
odrobinę jaśniej.
Moje gapiostwo zniecierpliwiło Leę.
Fuknęła, że ciastka się zwęglą, zanim je zdejmę, mruknęła coś o przeciągu,
łamaniu w kościach, nieprzespanej nocy i bezmyślnym wystawaniu w oknie,
choć taki jeszcze ziąb, że ani psa, ani kota, ani innego drobiazgu, nawet
o najgęstszym futrze, nie wygoniłaby z domu, a co dopiero
człowieka. Zatrzasnęłam więc okiennice i rzuciłam się ratować ciastka,
łowiąc dźwięki dochodzące z dalszych izb, z dawnej alkowy rodziców,
z obszernej sieni, później tuż przy kuchni, bo z każdą chwilą
zbliżały się do nas kroki, najpierw lekkie i niecierpliwe moich
przybranych bratanic, za nimi wolniejsze i ociężałe Chai, ich matki.
Lea strzepnęła z rąk obłoczek mąki,
po czym wyjęła chlebki pita i potrawkę z fasoli z ziołami, oliwą
i czosnkiem, wszystko pachnące i ciepłe, bo kamionkowy garniec
ochronił jadło przed wystygnięciem, i ustawiła na stole parujące talerze.
Gdy przysunęłam Chai wygodne krzesło z oparciem, bratowa
z westchnieniem wdzięczności opadła na skórzane siedzisko, miękkim gestem
obejmując wzgórek brzucha, który sterczał poniżej marszczenia luźnej sukni.
Pogładziła go czule dłońmi naznaczonymi jasnofioletowymi niteczkami żył, po
czym w skupieniu i niespiesznie sięgnęła po łyżkę. Rzuciła jeszcze
okiem na córeczki, nakazując im siedzieć prosto i zjeść wszystko do
ostatniego kęsa, aż słabym i nieco ochrypłym głosem spytała o Ezrę.
Może powinnam skłamać, by nie przygniatać jej brzemieniem trosk, zwłaszcza że
w blasku świec skóra Chai miała barwę wosku? Wiedziałam jednak, że prawda
prędzej czy później wyszłaby na jaw. Odparłam więc jak najdelikatniej, że nie
wrócił na noc oraz że ani ja, ani Lea nie domyślamy się nawet, gdzie mógłby się
podziewać i z kim. Dodałam też, że jako starszy brat Dawid powinien
przemówić mu do rozumu albo przynajmniej poskąpić skudów, gdyby Ezra ich
zażądał, jak miał w zwyczaju pod nieobecność ojca.
– Chłopak jest niczym wiatr, jakimże
więc sposobem chciałabyś go okiełznać? – spytała na to Lea.
– Już zapomniałaś, że miał terminować
w składzie?
– Brak ci wyrozumiałości, Hilo. Właśnie
ty z racji wieku powinnaś pamiętać, że młodość ma swoje prawa. Każe
spróbować tego i owego, zanim się opamięta – łagodnie stwierdziła Chaja.
– Powiadają też, że Pan nie na darmo dał
każdemu z nas aż sześć narządów – odrzekłam. – Wprawdzie ucho, nos
i oko są niczym udzielni władcy i nie nam nimi rozporządzać, lecz
dłonie, stopy i usta zależą od naszej woli, bo tylko dzięki rozumowi
wybieramy między dobrem a złem, bożnicą a domem nierządu,
przekleństwem a błogosławieństwem. Jednak Ezra nad niczym nie panuje, ma
w głowie same plewy.
– Sądzisz go i napominasz, choć nie
może się bronić. Jeśli głębiej wejrzysz w jego serce, przyznasz, że
z niego dobry chłopiec i że wielu może jeszcze zadziwić –
zaprotestowała Lea.
Aby niewinna wymiana zdań nie
przerodziła się w zawziętą kłótnię, Chaja ucięła drażliwy temat, dopytując
się o Dawida, czy wrócił już od chorego, bo jego również nie zastała przy
stole. Byłoby to najmądrzejsze rozwiązanie, gdyby nie rozbudziło mojego
niepokoju. Zaczęłam bowiem badać wzrokiem jej zaokrągloną sylwetkę
i naciskać, by wyznała szczerze, czy z nią wszystko dobrze. Jak
zawsze zbyła mnie uśmiechem, choć od jakiegoś czasu w podobnych
okolicznościach nie dawałam posłuchu zapewnieniom, że ma się znakomicie. Zwykle
dodawała też, że choć dziecko zapowiada się duże, akuszerka jest jak najlepszej
myśli, a i ona sama nie kłopocze się dolegliwościami, są przecież
naturalne i zna je z doświadczenia. Teraz również ujęła moją dłoń
w swoje i by dodać mi otuchy, oświadczyła z mocą, że choć nie da
się przewidzieć wyroków Pana, trzeba być dobrej
myśli.
– Wszystko zgodnie ze swoim czasem,
kochanie, więc uzbroiłam się w cierpliwość i czekam – rzekła. –
Wierzę jednak, że zanim zlegnę, powitam Rubena, bo śniłam o tym
trzykrotnie. Stał tuż za kuchennym progiem, w płaszczu, który dla niego
uszyłam, a ja wciąż pod sercem czułam naszego syna.
Wbrew intencjom słowa bratowej nie
starły chmury z mojego czoła, przypomniały bowiem o tym, co od
miesięcy wszystkim domownikom odbierało sen. Z nieznanego powodu wyprawa
kupiecka ojca znacznie się przeciągnęła i choć obwinialiśmy niesprzyjającą
aurę, a także przeciwne prądy, lękaliśmy się o los statku.
Wiedzieliśmy jednak, że nie należy tracić nadziei, jako że nie po raz pierwszy
galeon nie wrócił na czas. Mimo to trudno było nie roztrząsać nieustannie
faktu, że nasi bliscy zamiast w konwoju chronionym majestatem Republiki
wypłynęli samotnie i o nietypowej porze, bo z końcem miesiąca
cheszwan, gdy sezon nawigacyjny dobiegał końca i zaczynała się pora
sztormów. Nie oszukiwaliśmy się też wzajemnie, zapewniając, że galeonowi nic
nie stanie na drodze, bo już na wodach Adriatyku roiło się od korsarzy, dla
których adamaszki, atłasy, tafty i aksamity, a także koronki
i skrzynie skropionych wonnościami rękawiczek były cennym trofeum. Jeszcze
przed Stambułem i Brusą, skąd ojciec przywoził kobierce i drogocenne
tkaniny, na nieostrożnych marynarzy czyhały skały Morza Jońskiego
i połacie zdradliwych mielizn. Bylibyśmy więc głupcami, gdybyśmy
lekceważyli niebezpieczeństwa, ślepo ufając w przychylność losu, nawet
jeżeli nie tylko ta szkuta nie zawinęła do portu, bo statków, od których nie
nadchodziły wieści, było więcej.
W momentach całkowitego zwątpienia
dawaliśmy jednak posłuch Giacomowi Cappaniemu, wspólnikowi ojca, chrześcijaninowi
i właścicielowi galeonu oraz czwartej części zgromadzonych nań towarów.
Ów Cappani z właściwym sobie spokojem zapewniał, że gdyby doszło do
nieszczęścia, agenci handlowi albo nawet przygodni podróżni coś by o tym
słyszeli. Uważaliśmy go za człowieka godnego zaufania i takiego, który nie
rzuca słów na wiatr, trzymaliśmy się więc kurczowo tych zapewnień, tym bardziej
że pomyślność interesów Cappaniego gwarantowała sukces naszych. Wprawdzie sam
nie wypływał w morze, na miejscu doglądając spraw spółki, składu
i transakcji, lecz strata galeonu poważnie nadszarpnęłaby jego majątek,
a on jak każdy parający się handlem wenecjanin nade wszystko cenił
pieniądze i dopiero po nich lojalność oraz przyjaźń. Ojciec widział w nim
jednak hojność, uczciwość i wolność od wszelakich uprzedzeń, a brało
się to stąd, że gdyby nie spółka i po połowie dzielone zyski, sam jako
żydowski kupiec nie mógłby posiadać statku. Byłby podrzędnym handlarzem tkaninami
albo nawet starzyzną.
![]() |
źródło: nk.com.pl/corka-glosu-ksiega-zycia-hili-campos |
[1] źródło: Wydawnictwo Nasza Księgarnia https://nk.com.pl/corka-glosu-ksiega-zycia-hili-campos/2506/ksiazka.html#.Wm767q7iaM8
Nie czytałam lecz odsłuchałam trylogię "Niepokorne" i bardzo mi się podobała. Niestety nie napisałam swej opinii, ale może jeszcze kiedyś się to stanie.
OdpowiedzUsuńPrzeczytany fragment zachęcił mnie ogromnie do tego by poznać nową powieść Pani.....podoba mi się styl w jakim Pani opowiada historie swych bohaterek oraz podziwiam trud jaki Pani wkłada w to by jak najbardziej wiernie oddać epokę w jakiej są one umiejscowione. Przez to fabuła nabiera niezwykłego kolorytu i odbiera się ją bardzo realistycznie.
Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia książce....
Dziękuję za Ciepłe słowa. Pozdrawiam bardzo serdecznie. :-)
UsuńCzekam... lubię taką literaturę i czas - wieki średnie. Mam do nich słabość odkąd pamiętam, w dzieciństwie wertowałam "Malarstwo polskiego średniowiecza" - wtedy było to dla mnie bardzo, bardzo tajemnicze i często drastyczne, poprzez obrazy męczeństwa świętych, motywy pasyjne; brakowało w nich perspektywy i proporcji, co już wtedy potrafiłam zauważyć, ale czyniło te obrazy jeszcze bardziej niezwykłymi. I ten świat został ze mną. Dla pokazania autentyczności mrocznego średniowiecza tyle trudu zadała sobie autorka, to zapowiada dobrą lekturę... na to czekam.
OdpowiedzUsuńNiestety akcja "Córki głosu" rozgrywa się nieco później, na przełomie XVI i XVII wieku. Ale wierzę, że i taka opowieść przypadnie Pani do gustu. Pozdrawiam bardzo gorąco. :-)
UsuńI ja czekam niecierpliwie... po "Niepokornych" pusto bylo a w tych ksiazkach piekno kobiet odpisywane jest za kazdym razem pieknie choc inaczej... pozdrawiam cieplo ��
OdpowiedzUsuńDziękuję. :-) Pozdrawiam gorąco.
UsuńBardzo miło się czytało, te fragmenty zapowiadają bardzo ciekawą książkę. Stylizacja językowa, niezwykła atmosfera Wenecji... Czuję się zachęcona do sięgnięcia po "Córkę głosu" :D Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńTo bardzo miły komentarz, dziękuję i pozdrawiam. 😃
UsuńGratuluję serdecznie ukończenia pracy nad książką :) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo! Pozdrawiam serdecznie! :-)
UsuńCórka Głosu pochłonęła mnie i urzekła tak bardzo, że nie potrafię przestać myśleć o bohaterach. No i jak dlugo muszę czekać aby poznać dalsze losy Hili. Ksiazka wspaniała! czekam nieierpliwie na druga część .
OdpowiedzUsuńDziękuję. 😀 Tak, na drugi tom trzeba będzie trochę poczekać. Tak to już jest z seriami i cyklami. Serdecznie pozdrawiam ☺
Usuń