sobota, 20 sierpnia 2016

Cudzoziemki w krainie malarza

Diego Rivera, Cargador de Flores, 1935;
źródło: www.museoreinasofia.es
„Wciąż cię widzę w niewypastowanych butach, w starym kapeluszu o szerokim rondzie, w wymiętych spodniach, widzę twoją monumentalną postać, twój brzuch, zawsze cię wyprzedzający, i myślę sobie, że absolutnie nikt nie mógłby z takim dostojeństwem nosić równie wygniecionego ubrania”[1] – taki portret Diega Rivery, meksykańskiego malarza muralisty, daje Elena Poniatowska w miniaturowym zbiorze fikcyjnych listów Angeliny Beloff, jego pierwszej żony, rosyjskiej malarki uczącej się i tworzącej w Paryżu. Drugą żonę Rivery, Lupe Marín, Meksykankę o hiszpańskich korzeniach, będzie śmieszyła ta jego nieatrakcyjna aparycja, „brzuszysko, opadające skarpety, brudne buty, przykrótkie spodnie, kapelusz z obwisłym rondem i laska z Apizaco”[2]. Dla Lupe Diego był największym na świecie malarzem, niekoronowanym królem Meksyku, legendą, symbolem i… wielkoludem na niekończącej się diecie. Frida Kahlo, trzecia żony Rivery, nazywała go Brzuchalem i, uważając za geniusza, umniejszała swój talent, gotowa – jako malarka – żyć w cieniu męża. Wszystkie cierpiały z powodu niewierności Rivery, jego licznych i głośnych romansów, lecz podziwiały jego kreatywność, niespotykaną charyzmę i radykalne poglądy polityczne. Każda mogłaby zawtórować Angelinie Beloff: „bez ciebie nic nie znaczę, moją wartość określa uczucie, jakie do mnie żywisz, a dla innych istnieję na tyle, na ile ty mnie kochasz”[3]. A jednak z czasem uwolniły się od jego wpływu i, przynajmniej jako artystki, podążyły własną drogą.

Dzieli nas Atlantyk – Angelina
Diego Rivera, Portret Angeliny Beloff, 1909;
źródło: www.wikigallery.org
Dla Angeliny Beloff pisanie listów do Diega było próbą utrwalenia przeszłości, a gdy nie otrzymywała odpowiedzi od męża, który opuścił Paryż dla Meksyku, stanowiły pożegnanie ze wspomnieniami o dziesięciu latach związku. Jej osamotnienie, zmagania z niemocą twórczą i świadomością porzucenia przez człowieka, którego nie przestała kochać, a który już układał sobie życie z inną, brzmią niekiedy jak lament i wołanie o pomoc, zwłaszcza gdy prześladują ją obrazy Dieguita, zmarłego synka. Angelinę nękają ślady minionej obecności Diega, a mimo to lęka się, że z czasem znikną. Wyznaje: „Nie chciałam zdjąć twego kitla z gwoździa koło drzwi, bo ciągle jeszcze zachowuje kształt twoich ramion i jednego boku. Nie mogłam go poskładać ani otrzepać z kurzu w obawie przed tym, iż nie odzyska poprzedniego kształtu i w końcu zostaną mi w rękach łachmany”[4].

Angelina Beloff, Macierzyństwo, 1920;
źródło: www.cultura.gob.mx
Ale rozpacz Angeliny wiedzie do wyzwolenia. Rozliczając się z przeszłością, z wolna wraca do malowania, przyjmuje zlecenia, bywa w Luwrze i mniejszych galeriach, szukając natchnienia i inspiracji. Jeszcze marzy o wyjeździe do męża, bo w konfrontacji ze „starą, zakurzoną i zmurszałą”[5] Europą, przez którą przetaczają się wojny i rewolucje, niszcząc poezję i fantazję, Meksyk jest niczym „nadprzyrodzony świat”[6], tylko że już słyszała o nowej miłości Diega. Sięga więc po paletę i z czasem czuje, że może wypracować dawną płynność ruchów. Stara się „uczynić rękę lżejszą, tańczyć pędzlem, znaczyć nim lekkie linie, potrząsać swobodnie dłonią niczym marionetka (…)”[7].

Angelina Beloff, Vista de Toledo, 1913;
źródło: 
www.kubisme.info
Wspomina ojczyznę, Rosję sprzed komunizmu, myśli o liberalizmie rodziców, którzy wymagali od niej tego, co dla ówczesnych kobiet było zakazane: aby zdobyła zawód i niezależność materialną. Dlatego jeszcze w domu uczęszczała na wieczorne kursy malarstwa, została stypendystką Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu, dzięki pieniądzom ze spadku i stypendium wyjechała do Paryża, aby dalej uczyć się malarstwa. Z Angeliny Biełowej stała się Angeliną Beloff, obiecującą malarką, dla której minuta z dala od sztalugi była czasem straconym. Kiedy poznała w „La Rotonde” Riverę, związała się z nim na dekadę, i odtąd jej aspiracje zeszły na dalszy plan, bo najważniejszy był Diego.

Przynieśli ją ze składu węgla – Lupe
Diego Rivera, Portret Lupe Marín, 1938;
źródło: www.diego-rivera-foundation.org
Listy Angeliny Beloff urywają się w lipcu 1922 roku, kiedy Rivera żeni się z Guadalupe Marín. Lupe, bo tak się do niej zwracano, była przeciwieństwem wyrozumiałej i tolerancyjnej Angeliny. W „Jedynej w swoim rodzaju” Eleny Poniatowskiej drażni hałaśliwą, zaborczą naturą, fascynując jednocześnie nietypową dla Europejczyków pasją kosztowania życia: „wszystko w niej jest gwałtowne; śmiech brzmi jak wybuch. Jest boginią urody Xochiquetzal, ale także zdradziecką boginią płodności Chicomecóatl”[8], przypomina „szmaragdowo upierzonego węża”[9]. Meksyk dodawał Lupe urody, jego intensywne barwy sprawiały, że mimo trudnego charakteru była pociągająca, a jej oryginalna osobowość błyszczała. Siostry Lupe zwykły mawiać, że przyniesiono ją ze składu węgla, w dzieciństwie bowiem przypominała ulicznika, szwendając się tu i tam z obitymi kolanami i z chmurą hebanowych włosów nad zbyt ciemną twarzą. Poza tym nie umiała malować. Świetnie szyła, z czasem zajęła się pisaniem książek o ówczesnej cyganerii artystycznej Meksyku, była niezrównaną kucharką, lecz „choć bardzo się starała, Lupe rysowała marnie”[10]. Była gwałtowna i nieprzewidywalna; podejrzewając, że Diego ją zdradza, okładała go pięściami, a potem, gdy przez osiemnaście godzin pracował na drabinach nad muralem, na zgodę przynosiła tortille i rosół z kurczaka.

Diego Rivera, Kobiety Tehuana, 1923;
źródło: pl.pinterest.com
Gotowanie Lupe urosło do rangi sztuki, ale nie mogło być inaczej, bo Meksyk w ogóle „pachniał chlebem. Z wielkimi koszami na głowie, na rowerach, sprzedawcy chleba rozdzielali go i nie upadła im na ziemię ani jedna bułka, ani jedna concha, palmir czy bagietka”[11]. Targi kipiały od pomidorów, rzodkiewek, marchwi, sałaty, mandarynek, cytryn i truskawek. Mimo powszechnej biedy, analfabetyzmu, głodu Meksyk był też pełen światła i barw. Na prowincji chłopki nosiły kwieciste spódnice, kolorowe wstążki we włosach, w miastach fasady domów krzyczały ochrą i błękitem. „Bez wątpienia Meksyk jest magiczny, jego korzenie, kora, nasiona, rośliny i kwiaty odczyniają uroki i budzą dobre emocje, wyciszają nerwy, unicestwiają złe zamiary, rozwiewają zawiść”[12]. Jednak nawet Meksyk nie uchronił małżeństwa Lupe i Diega przed klęską.

Diego Rivera i Frida Kahlo, 1932;
źródło: www.thecompmagazine.com
Frida Kahlo, córka niemieckiego fotografa, „wpadła w oko Brzuchaczowi”[13] już po jego rozwodzie z Lupe. Znały się z widzenia, bo Frida jako dziewczynka przybiegała do gmachu Ministerstwa Edukacji, aby podglądać Diega przy malowaniu. Lupe nazywała ją brzydką i wrzaskliwą, kpiąc z długich spódnic, ludowych tunik, fajki i skłonności do nadużywania tequili. Ślub Fridy i Diega odbył się w 1929 roku, a Lupe, która przybyła nań z nowym mężem, meksykańskim poetą Jorge Cuestą, wywołała skandal, ośmieszając kulejącą pannę młodą. Guadalupe Marín nigdy nie pogodziła się z utratą Diega.

Jedyne w swoim rodzaju
okładki z: www.soniadraga.pl
Angelina i Lupe są cudzoziemkami w świecie malarza, który nie dochowywał wierności, żyjąc w zaklętym kręgu sztuki i polityki. Urzekła mnie Angelina, bo zdrada Diega i śmierć dziecka odebrały jej przyjaciół, poczucie sensu istnienia i własnej wartości, a mimo to otrząsnęła się z cierpienia. Natomiast wybujały temperament i egocentryzm Lupe czyniły z niej siłę zdolną zniszczyć wszystko i każdego. Dodatkowym walorem obu powieści jest tło zdarzeń, Meksyk z początku XX wieku i Paryż sprzed stu lat. Angelika i Lupe obracały się w barwnym środowisku bohemy i w obu książkach odtworzono je wyjątkowo zręcznie. Warto zacząć spotkanie z żonami Diega Rivery od książki „Kochany Diego, całuje cię Quiela”, doceniając przy okazji jakość tłumaczenia, bo czyta się ją z niesamowitą przyjemnością, która wypływa z piękna i staranności słowa. Po lekturze „Jedynej w swoim rodzaju” idealna byłaby „Frida” w reżyserii Julie Taymor z 2002 roku; dzięki niej opowieść zwieńczy finał.

"Frida", reż. Julie Taymor, 2002
zwiastun




[1] Elena Poniatowska, Kochany Diego, całuje cię Quiela, tłum. Danuta Rycerz, Wyd. Sonia Draga, Katowice 2016, s. 34. [e-book]
[2] Elena Poniatowska, Jedyna w swoim rodzaju, tłum. Magdalena Olejnik, Wyd. Sonia Draga, Katowice 2016, s. 16. [e-book]
[3] Elena Poniatowska, Kochany Diego, całuje cię Quiela, Wyd. Sonia Draga, Katowice 2016,  s. 13.
[4] Tamże, s. 11.
[5] Tamże, s. 49.
[6] Tamże, s. 37.
[7] Tamże, s. 40.
[8] Elena Poniatowska, Jedyna w swoim rodzaju, Wyd. Sonia Draga, Katowice 2016, s. 23.
[9] Tamże, s. 23.
[10] Tamże, s. 43.
[11] Tamże, s. 35.
[12] Tamże, s. 51.
[13] Tamże, s. 130.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Mąż w domu – ból szczęki

Jan Wildens (1854/1856-1653), Eden;
źródło: commons.wikimedia.org
Dlaczego człowiek przesypia noc? Czemu psy nie znoszą kotów, a koty polują na myszy? Jakie zwierzę żyje w ogniu? Dlaczego żaba nie ma zębów, wężowi brakuje nóg, a kret nie toleruje światła? Między jakimi chmurami chroni się księżyc? W bogatej i pod wieloma względami wyjątkowej kulturze żydowskiej, zwłaszcza w tradycji ustnej, znajdziemy odpowiedzi na najdziwniejsze pytania. A zatem: człowiek sypia w nocy, aby świat mógł się zregenerować i za dnia obdarzyć go tym, co ma najlepszego. Koty polują na myszy z zemsty, bo mimo że u zarania dziejów darzyły się przyjaźnią, mysz okazała się nielojalna, oczerniając kota przed Bogiem. W ogniu żyje salamandra – nie lęka się płomieni, gdyż jest na nie odporna. Gdyby kret mógł wychodzić na pełne słońce, byłby panem wszelkiego stworzenia, żaba nie ma zębów, aby nie zagrażała ludziom, nogi pozwoliłyby wężowi dogonić każdą istotę i uśmiercić ją. Anan i Arafe to chmury, między którymi mieszka księżyc.

Maurycy Gottlieb (1856-1879), Salome;
źródło: wolnelektury.pl/
Przysłowia żydowskie, aszkenazyjskie i sefardyjskie, mówią o wszelkich aspektach życia. O codzienności i świętowaniu, o małżeństwie, dzieciach, synowych skłóconych z teściowymi, o związku człowieka z naturą oraz o wielkich miastach i typowych dla nich zachowaniach ludzi. Na przykład o przesiadujących w oknach pannach, które przyglądają się bezmyślnie przechodniom, zagadują sąsiadów, chwalą się nową fryzurą albo suknią, zapominając o nakazie skromności i obowiązkach w domu. Natomiast zagadki zadawano podczas świąt, nadając im formę metafor, akrostychów, misternych wierszy. Każdą ucztę urozmaicały „dobre zagadki stołowe”[1], dowcipne i przewrotne (choćby: „Piecz ją z jej bratem, włóż do ojca, zjedz w synu, a następnie popij ojcem”[2]). Były ważnym elementem podań żydowskich i mitów, które – jak wszelkie opowieści tego rodzaju – dociekały sensu istnienia świata, przechowywały pamięć o dziejach narodu, definiowały dobro i zło, łącząc prawdę ze zmyśleniem. Zawierają mnóstwo uniwersalnej mądrości i humoru.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Domki dla ludzi z wyobraźnią

Przyjaciele, seria trzecia, odcinek 20;
zdjęcie z: www.pinterest.com
Marzyłyście kiedyś o domku dla lalek? Zwracam się do pań, choć jeśli przypomnimy sobie serial „Przyjaciele”, panowie też czasem mają z takiego domku uciechę, zwłaszcza gdy jest dziełem kogoś tak szalonego jak Phoebe Buffay. Domek, który sam puszcza bańki mydlane i w którym nic nie jest zakazane, bo można w nim palić kadzidełka, mieć ducha na strychu i gigantycznego psa stróża na podwórzu, byłby spełnieniem marzeń każdej dziewczynki, dużej i małej. Domek Moniki Geller też jest piękny, lecz należy do kategorii stylowych, z drewnianą podłogą, dywanikami i tapetą w różyczki – przesyca go wiktoriańskie dostojeństwo. Dzięki obu domkom Monika, Rachel i Phoebe przypominają sobie czasy dzieciństwa i, chyba nieświadomie, wchodzą w role dorastających dziewczynek. Są spontaniczne, samolubne, rozkapryszone – i puszczają wodze fantazji.

Przyznaję, że jestem fanką „Przyjaciół”. Ale musiałam sama trafić do świata domków dla lalek, by uświadomić sobie, jak łatwo się zapomnieć, gdy ma się na wyciągnięcie ręki miniaturowe pokoiki, piece kaflowe, stoliki i krzesełka jak dla Calineczki, i filiżanki mniejsze od paznokcia. W warszawskim Muzeum Domków dla Lalek można spędzić niezapomniane chwile, zagubić się w wykonanych z pietyzmem i znajomością rzeczy salonikach secesyjnych, kuchniach zielarek, klasach lekcyjnych, sklepach bławatnych i aptekach sprzed kilkudziesięciu i kilkuset lat (daję głowę, że Eliza Pohorecka byłaby taką apteką co najmniej zachwycona). To czysta magia – świat, do którego wkracza się drogą jak do Narnii, by znów poczuć się dzieckiem (kto pamięta, jak rodzeństwo Pevensie, nie wychodząc z domu profesora, znalazło się w narnijskim lesie?).

Zapraszam na krótką relację z wizyty w Muzeum Domków dla Lalek w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Ach! A idąc tam, niech dorośli pamiętają, że jeśli przyznają, że czasem czują się dziećmi, dostaną w prezencie zniżkę na bilety.

sobota, 6 sierpnia 2016

Roztapiam się w słońcu – Astrid Lindgren „Dzienniki z lat wojny 1939-1945”

Babcia pierwsza z lewej,
zdjęcie z czasów drugiej wojny światowej
Wyrosłam na opowieściach o drugiej wojnie światowej. Na wspomnieniach babci, łączniczki w Batalionach Chłopskich, oraz dziadka, żołnierza Armii Krajowej. Dla nich tamten okres jeszcze po kilku dekadach od zakończenia działań zbrojnych był żywy. Utkwiły mi w pamięci historie mrożące krew w żyłach i zabawne, pełne zdumiewającego jak na temat humoru, dzięki czemu okupacja zyskała w mojej wyobraźni wielowymiarowość, o którą trudno we współczesnych panegirykach. Było w nich coś z „Kanału” Wajdy, trochę z „Zezowatego szczęścia” Munka i sporo z „Kolumbów. Rocznik 20” Bratnego. Babcia przenosząca nielegalną bibułę w tak ciężkich walizkach, że aby jej pomóc, zatrzymało się auto niemieckiego oficera, który grzecznie zaprosił ją do środka, i choć wymawiała się bardzo dobrym, jeszcze przedwojennym niemieckim, nie było rady, z duszą na ramieniu i miną pokerzystki wsiadła, przejechała kilkanaście kilometrów, podziękowała i wysiadła u celu. Dziadek podczas akcji albo ukrywający się tuż po wojnie gdzieś w mazowieckich lasach. Miałam w domu uczestników i świadków zdarzeń przełomowych dla Polski i świata, i wielu nie tak istotnych, choć dla nich ważnych. Słyszałam o głodzie, strachu, poczuciu bezradności, o partyzanckich przysięgach, getcie w Otwocku, wywózkach na roboty do Niemiec, których mój sprytny i pomysłowy dziadek uniknął kilkakrotnie. Dla dziecka, jakim wówczas byłam, miało to jednak bardziej posmak przygody, zwłaszcza historie babci, która zręcznie budowała klimat, niż było świadectwem.

okładka książki z:
http://nk.com.pl/
Dlatego lektura „Dzienników z lat wojny 1939-1945” Astrid Lindgren wydała mi się intrygującym dopełnieniem wiedzy o tamtych czasach. Dzienniki napisane przez Szwedkę, która sześć wojennych lat spędziła w jednym z nielicznych neutralnych krajów, choć każdy dzień odczuwała boleśnie, głęboko, solidaryzując się z narodami wplątanymi w światowy konflikt, stanowią dowód, że wojna dotknęła wszystkich: ofiary, katów i stojących (z pozoru) z boku. W dodatku to dzienniki autorstwa wybitnej pisarki, której książki zaliczam, i nie jestem wyjątkiem, do ukochanych, najdroższych, najbardziej wzruszających, choć tak prostych, że śmiem twierdzić, iż właśnie w prostocie tkwi ich siła. Miałam przyjemność przeczytać zdumiewającą książkę, przesiąkniętą uniwersalnym humanitaryzmem, afirmacją życia, humorem (trochę w stylu mojej babci) i nadzieją, mimo że „pokój nie jest niczym pewnym”[1]. Nigdy.

niedziela, 31 lipca 2016

Moc duchów w dłoniach – Emily Carr

Emily Carr, Wood Interior, 1929-1930;
źródło: http://www.the-athenaeum.org/
„Przyjrzała się tropikalnemu lasowi, bardziej przypominającemu dżunglę niż jakikolwiek, który do tej pory widziała – był gęsty i nieprzenikniony niczym starożytna istota opętana mokrą zielenią, rojąca się od wilgotnego życia. W podwójnej zatoce rozdzielonej zalesionym cyplem, z wiszących ponad plażami oparów wyłaniały się totemy”[1] – tak w „Kochance lasu”, beletryzowanej biografii Emily Carr, kanadyjskiej malarki i pisarki, ujęto istotę jej twórczości, pasji, artystycznych poszukiwań, miłości i przyjaźni. Na jałowym gruncie pruderyjnej i konserwatywnej epoki wiktoriańskiej ukształtowała się niepospolita osobowość artystki zdolnej do największych wyrzeczeń w imię sztuki i by zrealizować dwa nadrzędne cele: przechować pamięć o kulturze kanadyjskich Indian oraz nadać dziełu sztuki formę intensyfikującą jego ekspresję.

niedziela, 24 lipca 2016

Czy widział kto plecy księżyca?*

Heidi Lange, Girl from the Shamba, batik;
zdjęcie z: pl.pinterest.com
Sudańczycy wierzą w wytrwałość. Dzięki niej nawet igłą da się ponoć wykopać studnię. Twierdzą, że błędy i pomyłki są niczym góry, więc im wyżej wespnie się człowiek, tym więcej znajdzie ich wokół siebie. Mężczyzn porównują do ziarenek pieprzu, bo gdy zgłębi się ich naturę, gdy się ich rozgryzie, pieką niemiłosiernie. Abisyńczycy z zasady nie ufają kobietom. Narzekają na ostrość ich języków, złorzeczą gadatliwości i zmiennej naturze, radząc, by się ich wystrzegać, bo gorsze są od pożaru i ogni piekielnych. Podobnie Pigmeje; wyśmiewając się z głupoty niewieściej, przyrównują mózg kobiecy do fontanny, z której wszystko wycieka przez dziury. W afrykańskim języku ewe, którym posługuje się ludność Ghany, Togo i Dahomeju, docenia się potęgę mądrości. Mądrość zatem jest jak drzewo chlebowe – nie da się jej objąć rękoma. Jednocześnie piętnuje się kłamstwo, gdyż nawet jedno i z pozoru błahe zdolne jest popsuć tysiąc prawd[1].

niedziela, 17 lipca 2016

Córka pustyni - Gertrude Bell

zdjęcie z: ksiazki.wp.pl
„Nazywam się Sindbad. Mieszkam na stałe w Bagdadzie. Rodzice moi umierając zostawili mi w spadku tysiąc worków złota, tysiąc beczek srebra, sto pałaców, sto ogrodów i jeden trzonowy ząb mego pradziadka, który ojciec mój przechowywał w hebanowej szkatułce jako pamiątkę i osobliwość”[1] – tak zaczynają się cudownie nieprawdopodobne opowieści o Sindbadzie Żeglarzu, bohaterze „Księgi tysiąca i jednej nocy”, ale w wersji, która wyszła spod pióra Bolesława Leśmiana. I tym właśnie była dla mnie dotąd Arabia. Osobliwością łączącą egzotykę codziennego życia z przebogatą kulturą duchową, poezją Hafiza, architekturą niezdobytych twierdz, dzikością pustyń – i baśniami o Sindbadzie, Szeherezadzie, latających dywanach, lampie Aladyna. O prawdziwej Arabii, jej historii i kulturze, nie mam specjalistycznej wiedzy i w gruncie rzeczy nigdy wcześniej nie poświęciłam jej szczególnej uwagi. Mimo to lektura „Córki pustyni…” Georginy Howell okazała się trwającą wiele wieczorów niesamowitą przygodą.

niedziela, 10 lipca 2016

Niech przyjdzie Emilie...

„Panna Flöge pojawiła się (…) tuż po śniadaniu. W jasnej bluzce i zielonej spódnicy z klinów zachwycała niewymuszoną prostotą ubioru, naturalnym i bezpośrednim obejściem oraz szczerym uśmiechem dziewczyny zakochanej w rozkoszach życia. Ponagliwszy Judytę, bo na dole czekał wynajęty powóz, nakazała dorożkarzowi upchnąć kosz z prowiantem w bagażowym schowku, a gdy zeszły przed kamienicę, zaprezentowała resztę towarzystwa.
– Paulina, moja siostra – powiedziała. – I przyjaciel rodziny, Gustav Klimt.
Paulina od pierwszej chwili przyjaźnie okazywała Judycie zainteresowanie, natomiast Klimt odzywał się z rzadka, cedząc od czasu do czasu krótkie frazy. Wywierał osobliwe wrażenie; rudobrody i kędzierzawy, w białym letnim surducie i identycznego koloru czapce z daszkiem nasuwał na myśl wilka morskiego, lecz w żadnym razie wziętego malarza”[1].

Emilie Flöge;
zdjęcie z: pl.pinterest.com
Kim była Millie Flöge, przyjaciółka fikcyjnej Judyty Schraiber, i co ją łączyło z Gustavem Klimtem? Pozostaje tajemnicą, czy pannę Flöge można zaliczyć do grona kochanek malarza, czy też ich relacja oparta była na głębokiej przyjaźni i pokrewieństwie dusz. Choć do naszych czasów dotrwała ich korespondencja, listy i widokówki, które przez dekady wysyłali do siebie z podróży, niewiele z nich wynika. Dlatego gdy pisze się o związku Flöge i Klimta, spekulacje przeważają nad pewnikami.

niedziela, 3 lipca 2016

Złota dama

Gustaw Klimt, Portret Adeli Bloch-Bauer I, 1907 r.;
źródło: pl.wikipedia.org
Podczas pierwszej wyprawy do Wiednia zdumiało mnie, że aby obejrzeć obrazy namalowane przez Gustawa Klimta, muszę zajrzeć do wielu rozrzuconych po całym mieście miejsc. Okazało się też, że tych najbardziej znanych dzieł powinnam szukać w galeriach i domach prywatnych na całym świecie. Największym rozczarowaniem był wówczas fakt, że na pewno nie zobaczę cudownego, migoczącego złotem „Portretu Adeli Bloch-Bauer”, który, oprócz „Judyty z głową Holofernesa” i „Portretu Emilie Flöge”, lubię najbardziej. W żadnym z przewodników, z których wtedy korzystałam, nie znalazłam choćby niewielkiej aluzji do jego wojennych losów, a przecież są one równie niezwykłe jak obraz, w tym przypadku bowiem historia dzieła sztuki splotła się z opowieścią o Wiedniu fin de siècle’u, międzywojnia i drugiej wojny światowej oraz z losami nieprzeciętnych ludzi. Gdybym przed wyjazdem do Wiednia przeczytała „Złotą damę…” Anne-Marie O’Connor, moja reakcja na ów brak Klimta byłaby zapewne inna.

wtorek, 28 czerwca 2016

I jak tu być romantycznym?

Ralph Albert Blakelock (1847-1919), Płonące niebo;
obraz z: en.wikipedia.org
Nie znam doskonalszych opisów lata od tych, które wyszły spod pióra Brunona Schulza. Te słoneczne lipce i żółte od żaru sierpnie, kiedy wszystko staje się jasne, jaskrawe, lśniące, szafranowe, a ludzie, starzy, młodzi, kobiety i dzieci, „brodzą w złocie” z „grymasem skwaru”[1] na twarzach! Lecz latem, trochę z przekory, od dni wolę noce. Ciepłe, usiane gwiazdami, tętniące ciszą, której brak odczuwam za dnia. Nocą świat dźwięczy czyściej i głębiej, szmery i trzaski nareszcie dochodzą do głosu, urzeczywistniają się sny. Oto „z labiryntu nocy wychodzą dwaj wędrowcy. Plotą wspólnie, wyciągają z ciemności jakiś długi, beznadziejny warkocz rozmowy. Stuka monotonnie parasol jednego z nich o bruk (takie parasole nosi się na deszcz gwiazd i meteorów), wałęsają się jak pijane, wielkie głowy w baniastych melonikach”[2].

wtorek, 21 czerwca 2016

Romans na tle Tatr - "Niepokorne. Judyta"

Rafał Malczewski, Pejzaż (Południe), ok. 1926;
źródło: www.pinakoteka.zascianek.pl
Aby wyjaśnić to i owo, zachęcić do lektury, przypomnieć bohaterów poprzednich tomów serii "Niepokorne" oraz zapowiedzieć nowych, w prezencie dla czytelniczek i czytelników – fragment książki "Niepokorne. Judyta".  Zapraszam. :-)



Rafał Malczewski, Jesień, 1926 r.;
źródło: www.pinakoteka.zascianek.pl
W pociągu z Krakowa do Chabówki zajęli większą część wagonu. Z Piotrusiem, Agatką i Hanią siedziała panna Tekla, której – niczym dowódcy – podporządkowała się cała trójka. Spozieranie za okno, przekomarzanie, kosztowanie przygotowanych na drogę wiktuałów – wszystko to miało miejsce, o ile przyzwoliła opiekunka. Judyta usiadła przy Julii, na wprost Elizy, która opowiadała o wynajętym dla niej domku, powołując się niekiedy na Antona i prosząc, aby uzupełnił opis.
– Będzie ci tam wygodnie – zapewniła. – Chatę zbudowano z myślą o letnikach i w otoczeniu drzew, bo zieleni tam tyle, że człowiek ma wrażenie, jakby cywilizacja została daleko, gdzieś na marginesie świata. Do Krupówek będziesz miała jednak blisko i do nas, na Kościeliską, również.