czwartek, 24 listopada 2016

Szydłem barszczu nie jedzą

Michał Elwiro Andriolli, ilustracja do
"Pana Tadeusza";
źródło: TU
Dziś Światowy Dzień Buraka, a ja pomyślałam, że w kwestii buraków, zwłaszcza czerwonych, od lat mam stanowisko jednoznaczne, bo nie ma nic smaczniejszego od barszczu. W „Encyklopedii staropolskiej” Zygmunta Glogera znajdziemy następującą o nim wzmiankę: jest „od najdawniejszych czasów ulubioną w Polsce polewką kwaskowatą, gotowaną zwykle z kwasu burakowego lub chlebowego (…). Na kwas z buraków (które dawniej, tak białe jako i czerwone, nazywano w Polsce ćwikłą), znajdowało się zawsze w każdym domu polskim na wsi, tak kmiecym jak szlacheckim, oddzielne naczynie drewniane. Po dworach była to zwykle duża dębowa kłoda, czyli beczka, z klepek bez dna górnego, płótnem przykryta, w której kwaszono wiecznie buraki i kwas czerpano, zarówno na barszcz dla państwa i gości, jak dla czeladzi i najbiedniejszych, jeżeli zdarzyło się, że był kto we wsi, niemający na zimę buraków i przychodził do kuchni dworskiej z garnuszkiem, w który mu kwasu nalewano.

Michał Elwiro Andriolli, ilustracja do
"Pana Tadeusza";
źródło: TU
Był jeszcze dość powszechny użytek leczniczy z tego kwasu. Piszący to pamięta, jak wszyscy cierpiący na ból gardła otrzymywali we dworze płukanie z kwasu burakowego i miodu przaśnego, co dziwnie wszystkim pomagało. Najpowszechniejsze sposoby podawania barszczu w domach polskich były: barszcz czerwony z »uszkami i rurą«, zabielany z wędliną i czysty, podawany na śniadanie po całonocnych tańcach lub jako jedyny posiłek południowy w dniu wigilii Bożego Narodzenia, we dni postne jadano barszcz z krupami i przyprawą z suszonych grzybów (…). Cezary Biernacki pisze o barszczu, że »był i jest najpospolitszą, a w miarę dodanych przypraw najcelniejszą, prawdziwie polską, z wielkim smakiem i respektem przyjmowaną zupą. Bywa dwojaki, mięsny i postny: pierwszy z uszkami, gotowany zwykle z mięsem wołowem i rurą dla esencjonalności, lub schabem wieprzowym, kiełbasą, słoniną; drugi – czysty lub zabielany, z grzybami, śledziem, kaszą i koprem. Chłopi gotują barszcz z piskorzami. Lekarze zalecają chorym barszcz czysty, niesolony, jako uśmierzający gorączkę. Po hulance, a zwłaszcza po przepiciu, jest on równie pożądany – wtedy nim też zwykle biesiadników raczą«.

Michał Elwiro Andriolli, ilustracja do
"Pana Tadeusza";
źródło: TU
Czerniecki, sławny w XVII wieku kuchmistrz polski, zalicza »barszcz królewski« do potraw mlecznych. W Litwie lud gotuje barszcz z boćwiny czyli z liści burakowych, lud zaś polski pierwotnie miał gotować barszcz z ziela, które nazywa się po polsku barszczem (po łacinie Heracleum sphondylium), a wyrasta wysoko na łąkach i przy wioskach, kwitnąc w czerwcu. Niewątpliwie też między polską nazwą rośliny i polewki zachodzi związek bezpośredni, bo jedna z drugiej niegdyś powstała. Gotowano także barszcz z kwasu dzieżnego lub śliwek, lubili bowiem zawsze Polacy kwaśne potrawy, krajowi ich właściwe i zdrowiu potrzebne”.

A ponieważ barszcz zasiedział się w naszej kulturze i  jadamy go od wieków, nie brak go w przysłowiach, na przykład: Barszcz gęsty, gość częsty, sól gruba – gospodarza zguba. Albo: Gdzie jest barszcz, kapusta, tam chata niepusta. I: Szydłem barszczu nie jedzą.
Smacznego! 😋 😉

Za: Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska;
dostęp: http://literat.ug.edu.pl/~literat/glogers/index.htm

wtorek, 15 listopada 2016

Raj ksiąg

budowa arki Noego wg Liber cronicarum;
z: pl.wiktionary.org
„Zgiełk placu pozostaje za mną i wchodzę do Biblioteki. W niemal fizyczny sposób odczuwam ciążenie książek, pogodny obszar pewnego porządku, czas rozczłonkowany i magicznie zakonserwowany. Na lewo i na prawo, pogrążone w swym jasnym śnie, odcinają się przypadkowe twarze czytelników, oświetlone pilnymi lampkami (…)[1]. Jorge Luis Borges, prawie już niewidomy, w 1955 roku został dyrektorem Biblioteki Narodowej w Buenos Aires, i fakt ten jego zdaniem zakrawał na ironię losu, bo oto człowiek ksiąg trafił do „raju bibliotek”[2], pogrążając się z wolna w mroku niewidzenia. Napisał wtedy: „Bóg dał mi ciemność na równi z księgami”[3] i „Encyklopedie, atlas świata, Zachód / Orient, dynastie, wieków korowody / Symbole, kosmos, kosmogonii wzory / Wszystko w tych murach / Lecz próżny ich zachód”[4]. Nikt piękniej nie oddał rozpaczy człowieka o „oczach bez światła”[5], który patrząc na „bezcenny świat”[6] książek, widzi jedynie „mrok nieprzebrany”[7].

koniec świata wg Liber cronicarum;
z: pl.wiktionary.org
Ostatnio zaglądam dość często, rzecz jasna wirtualnie, do średniowiecznych manuskryptów, wczesnorenesanowych inkunabułów oraz książek powstałych nieco później, bo w szesnastym i siedemnastym wieku, i w takich właśnie chwilach, gdy podziwiam tętniące zatrzymanym w czasie życiem i pełne intensywnych barw woluminy, najpełniej rozumiem dramat Borgesa. Zwłaszcza stare księgi, tworzone przez mistrzów zecerstwa i rytownictwa, mają magnetyczny urok, nie tylko z powodu treści (przypominającej niekiedy korytarze greckich labiryntów), lecz dla ich ilustracji, eleganckiego kształtu czcionek, pergaminu albo doskonałej jakości papieru. Zdarzyła mi się dopiero co taka wirtualna wędrówka między księgami, a zaczęła się od „Florilegium” Adriana Collaerta, opublikowanego w Antwerpii albumu z planszami, na których utalentowany sztycharz przedstawił kwiaty.

„Florilegium”[8] ok. 1587-1589
tablica z Florilegium;
z: collections.mfah.org
Powstałe prawdopodobnie w drugiej połowie XVI wieku (ok. 1587-1589), co wywnioskowano z dedykacji dla domu medycejskiego, zawiera głównie ilustracje botaniczne, lecz o tyle ciekawe, że widać na nich przeważnie górne części roślin, a więc kwiaty i owoce, sztycharz korzystał bowiem z wcześniej wydanych traktatów botanicznych, i kopiując z nich, starał się to prawdopodobnie ukryć, wprowadzając liczne zmiany, a więc poprawiał kształt roślin, wprowadzał światłocień, rezygnował z przedstawienia korzenia, dzielił roślinę na fragmenty[9]. Ponieważ ilustracje wykonano techniką miedziorytniczą, która w stosunku do wcześniejszych drzeworytów pozwalała tworzyć ilustracje o zaskakującym stopniu szczegółowości, „Florilegium” zachwyca precyzją odtworzenia roślin, pięknie uchwyconymi detalami ogromnej liczby gatunków kwiatów, wśród których szczególną uwagę zwrócono na goździki, lilie, narcyzy, słoneczniki, dalie i podbijające ówczesną Europę tulipany. To książka pionierska, album zawierający przebogatą kolekcję roślin popularnych w szesnastym wieku, ale też znak czasów, bo zainteresowanie botaniką było wtedy ogromne i przejawiało się na różne sposoby (powstawały wówczas największe europejskie ogrody botaniczne, na przykład w Padwie, w Pizie i Bolonii, w Lejdzie i w Lipsku).

tablica z Florilegium;
z: collections.mfah.org


"Liber cronicarum" 1493 r.
mapa Krakowa z Liber cronicarum;
z: pl.wikipedia.org
Inkunabuł ten w Polsce nazywamy „Kroniką norymberską”, ponieważ wydano go w norymberskiej oficynie wydawniczej, albo „Kroniką Schedla”, od Hartmanna Schedla, niemieckiego humanisty, osobistego lekarza Fryderyka II Żelaznego i autora tekstu, który był pisaną przez około sześć lat księgą jego życia. Wzbogacony o barwne drzeworyty pochodzące z pracowni Michała Wolgemuta, w której uczył się Albrecht Dürer, zachwyca właśnie ilustracjami zebranymi dla przedstawienia historii świata od jego stworzenia aż po Sąd Ostateczny. Rozprowadzano go w różnych wersjach, tańszych i droższych, a nawet sprzedawano pojedyncze karty i niewielkie fragmenty książki, co świadczyło o ogromnym zainteresowaniu dziełem Schedla. Szczególnie piękne są zamieszczone tam mapy europejskich miast, w tym kilku polskich.

stworzenie Ewy wg Liber cronicarum;
z: pl.wikipedia.org


"Hypnerotomachia Poliphili"
strona z Hypnerotomachia Poliphili;
z: it.wikiquote.org
Dzieło Francesca Colonny (choć autorstwo nie jest ponoć pewne) opublikowano w Wenecji w 1499 roku u Alda Manucjusza i już to przemawia za nim, była to bowiem najznakomitsza wenecka oficyna wydawnicza tego czasu. Książkę do dziś uważa się za niezwykle zagadkową, choćby z powodu języków, którymi ją napisano, bo znaleźć w niej można frazy łacińskie, greckie, hebrajskie, arabskie, chaldejskie i nawet egipskie hieroglify. Ilustrowana drzeworytami uważana jest powszechnie za jeden z najpiękniejszych inkunabułów, a treść, ze względu na opisy snów tytułowego Polifila, intrygowała nawet Carla Junga. „Hypnerotomachia Poliphili” można obejrzeć TU.


strona z Hypnerotomachia Poliphili;
z: it.wikiquote.org







[1] Do Leopolda Lugonesa [w:] Jorge Luis Borges, Twórca, Warszawa 1998, s. 5.
[2] Poemat o darach [w:] Jorge Luis Borges, Twórca, Warszawa 1998, s. 59-61.
[3] Tamże.
[4] Tamże.
[5] Tamże.
[6] Tamże.
[7] Tamże.
[8] Florilegium – antologia z przedstawieniami kwiatowymi;
[9] Zygmunt Waźbiński, Adrian Collaert i jego Florilegium… artykuł z: www.utw.uj.edu.pl

poniedziałek, 7 listopada 2016

Zrobi tam pani dużo dobrego

Maria Skłodowska-Curie w pracowni
źródło: http://www.parisenimages.fr/
7 listopada 1867 roku urodziła się Maria Skłodowska-Curie. Przypomniało mi się pośmiertne wspomnienie o niej z pamiętników Odona Bujwida[1], który znał ją z czasów młodości i wraz z żoną Kazimierą[2] gościł w krakowskim domu. Bardzo smutne wspomnienie, zwraca się w nim bowiem do zmarłej żony i pisze o tym, co zazwyczaj pomijamy, przywołując dokonania Skłodowskiej.

Maria Skłodowska-Curie
źródło: http://wyborcza.pl/
„Umarła Maria Skłodowska-Curie. Pamiętam, jak ją żegnałaś przed jej wyjazdem do Paryża, gdy nie mogła otrzymać miejsca asystentki przy Katedrze Fizyki u Witkowskiego[3]. Stoi zapłakana przy naszym stole jadalnym na Studenckiej. Obie użalacie się na głupi los, który nie pozwala kobiecie na pracę w uniwersytecie, podczas gdy taka masa męskich miernot według prawa stoi o niebo wyżej od was. Mówisz do niej:
– Niech pani, panno Mario, będzie spokojna i jedzie tam, gdzie lepiej potrafią ocenić pani zdolności i naukę. Zrobi tam pani na pewno dużo dobrego dla siebie i dla kraju, który teraz nie umie ocenić pani jak należy.
Jakże prorocze były twoje słowa. Czy mógł się kto spodziewać, że ta polska niewiasta tak szeroko potrafi rozsławić imię polskiej kobiety? Podwójna Nagroda Nobla to tylko jedno ogniwo, ale jakże znaczące”[4].

wtorek, 1 listopada 2016

Malarz dużej miary – Adam Ciemniewski

Adam Ciemniewski, Sianokosy;
źródło: pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Ciemniewski
We wspomnieniu pośmiertnym o Adamie Ciemniewskim (1866-1915), malarzu, rysowniku i ilustratorze współpracującym z dziewiętnastowieczną prasą warszawską, choćby z „Tygodnikiem Ilustrowanym”, przywołano „lapsus artystycznego sprawozdawcy Słowa Lucjana Rydla, który, źle przeczytawszy nazwisko autora [oglądanych obrazów, czyli Ciemniewskiego], napisał, że to są jedne z najlepszych prac Józefa Chełmońskiego. Sprawa ta w swoim czasie dość głośna w artystycznych sferach, spopularyzowała nazwisko młodego artysty”[1].

monografia Adama Ciemniewskiego;
Muzeum Okręgowe w Ciechanowie
Pomyłka Rydla dowodzi, jak obiecująco zapowiadał się Adam Ciemniewski jako malarz i jak wielkie wrażenie wywierały jego obrazy na artystach fin de siècle’u, którzy widzieli w nim znakomitego pejzażystę specjalizującego się w portretowaniu polskiej wsi, wprawdzie ze skłonnością do idealizacji, ale akurat to nikogo wówczas nie raziło. Mnie jego obrazy nasuwają na myśl twórczość Włodzimierza Tetmajera, choć to malarz krakowski, gdy tymczasem Adam Kazimierz Feliks Ciemniewski pochodził z Mazowsza. Był potomkiem starej mazowieckiej szlachty o genealogii sięgającej średniowiecza, oraz ojcem Jana Ciemniewskiego, także artysty malarza.

niedziela, 23 października 2016

Z przymrużeniem oka

"Bocian", Kraków, 15 lipca 1900 r.;
źródło: http://jbc.bj.uj.edu.pl/
Humor publikowany na łamach cesarsko-królewskiej prasy przeważnie trąci już myszką, lecz bez wątpienia oddaje ducha epoki, zwłaszcza gdy w tle pojawiają się teatry, parki, ulice oraz urzędy Krakowa i Lwowa. Z czego śmiano się na początku dwudziestego wieku? Czasem z tego, co nas już w ogóle nie śmieszy, a czasem z tego, co nie straciło na znaczeniu i jest aktualne. Satyrycy żartowali więc z emancypantek, literatów, cyklistów, niewiernych żon, księży, teściowych, studentów, profesorów uniwersytetów. Kpili z cenzury, z andrusów i przekupek, z kwiaciarek, żebraków (dziadów), żandarmów, dziennikarzy. Oto próbka humoru z „Bociana”, o którym nie wypadało wówczas mówić w lepszym towarzystwie, tak był niestosowny i tak swobodnie pisano w nim o sprawach nieprzystojnych, a nawet grubiańskich. Jak widać dostawało się tam każdemu, nawet Przybyszewskiemu i secesyjnym wieszczom. Ale czy można się jeszcze z tego pośmiać? :-)
/w większości tekstów zachowałam pisownię oryginału/

"Bocian", Kraków, 15 marca 1900 r.;
źródło: http://jbc.bj.uj.edu.pl/
Przytomna odpowiedź
Plantami w Krakowie idzie szybkim krokiem przystojna panienka, a w ślad za nią dwóch akademików. Jeden z akademików, zauważywszy, że spod czarnej sukienki, poniżej stanika, wychyliła się biała spodniczka, rzecze:
– Panienko! Błyska się!
– Zaraz będzie i grzmiało – brzmiała spokojna odpowiedź.

Na krakowskim bruku
Trzech andrusów wybiera się wieczorem kraść. Upatrzyli sobie mieszkanie parterowe – okno otworzyli i dwóch wlazło do środka mieszkania, a trzeci stoi na warcie i pilnuje, aby ich ktoś przy pracy nie zaskoczył. Nagle, stojący na warcie spostrzega policyanta, przykłada więc czemprędzej dłonie do ust, aby go było lepiej słychać i woła:
– Felek! chowaj depozyty do portek, bo policya idzie!...

sobota, 15 października 2016

Magia klejnotów

Władysław Czachórski, Dama z klejnotami, 1898 r.;
źródło: http://www.the-athenaeum.org/
„Od najdawniejszych czasów człowiek zachwycał się drogimi kamieniami i chętnie przypisywał im nadprzyrodzone własności”[1], wierząc, że ochronią go przed czarami i wyleczą z każdej choroby. Ponieważ kamieniom szlachetnym zwykł nadawać cechy istot żywych, przestrzegał, aby ich nie łajać, nie obchodzić się z nimi źle, nie rzucać nimi, gdyż mogłyby sprowadzić nieszczęście albo przemienić się w piasek. Czasem istotnie zarzucano im, że więcej z ich powodu trosk niż radości, bo – jak twierdzili Persowie – były dziełem szatana. Ten, „pragnąc wzniecić w sercach ludzkich chciwość i pokusy, stworzył różnobarwne kamienie, wzorując się na boskich tworach – kolorowych kwiatach łąk. Szatanowi udała się praca, bowiem ludzie pokochali owe kamienie i przez wieki szukali ich w przepastnych sztolniach i głębokich jaskiniach, cierpliwie szlifowali ich gładkie powierzchnie, przewozili lądem i wodą, przechowywali w kufrach i skarbcach, często narażając się na śmierć dla ich zdobycia”[2].

niedziela, 2 października 2016

Poradnik dla dam

Wiener Caricaturen, 1881 rok;
źródło: http://anno.onb.ac.at
Jak nasze praprababki dbały o urodę? „Przewodnik dla dam czyli rady dla płci pięknej”[1] opublikowany w 1842 roku w Warszawie podaje zbiór bezcennych rad, podpowiadając, jak szybko utyć, jak poprawić koloryt cery, jak przygotować perfumy i lecznicze eliksiry. Oto niektóre z nich – do wypróbowania. :-)
/w przeważającej części cytatów zachowałam pisownię i interpunkcję oryginału z 1842 roku/

Lekarstwo na zmarszczki. Jeżeli zmarszczki nie są niepowetowaną krzywdą wieku i jeżeli zgryzota lub złe przyzwyczajenie krzywienia śmiejąc się lub mówiąc zrodziły je, można mieć nadzieję zmniejszenia ich i zgładzenia pomału, przykładając co noc kompresy batystowe, maczane w (…) rosole cielęcym sporządzonym bez włoszczyzny i soli. Co się tyczy paznokci, chędożą się dobrze szczoteczką z mydłem, która jest do tego użytku przeznaczona. Macza się potem róg gąbki w flaszce cytrynowéj essencyi, wyciera się nią paznokcie, co ję wzmacnia i nadaje gładkość.

sobota, 17 września 2016

Młodzieniec comme il faut*

Kolce. Tygodnik humorystyczno-satyryczny ilustrowany,
1895-1900;
źródło: http://ebuw.uw.edu.pl/
„Jesteś młodym człowiekiem w pełni sił i urody męskiej, masz, co prawda, skromną jeszcze posadę, ale przy twojej pilności i staranności czeka cię awans niebawem. Prezentujesz się dobrze, masz zapasik odłożonej gotówki, masz trochę długów, kilka garniturów, kilka par butów, spory zapas bielizny, frak, cylinder i nieskończoną liczbę modnych rękawiczek, krawatów, kołnierzyków i lasek spacerowych. Jednym słowem jesteś młodzieńcem comme il faut (…)”[1] i pora ci się żenić. Pamiętając o tym, że są kobiety złe, dobre, stare, młode, z właściwej sfery i z nizin (oraz artystki, aktorki, szansonistki, choć to oddzielna kategoria i nie warto zawracać sobie nią głowy), i jeśliś urodzony około 1880 roku gdzieś w Kongresówce albo w Galicji, podejdź do kwestii ożenku jak do interesu. Przebieraj i obserwuj, a gdyby w sfinalizowaniu przedsięwzięcia przeszkadzało ci niezdecydowanie, sięgnij po „Przewodnik zakochanych, czyli jak zdobyć szczęście i powodzenie u kobiet”, a ustrzeżesz się przed gafami i błędami podczas żmudnych i skomplikowanych zalotów.

niedziela, 11 września 2016

W skrzyni albo w szafie z drogocennego hebanu

Tomasz Sętowski, Opiekunka wielu tradycji;
źródło obrazu:
 strona artysty
Gdybym miała zebrać i przechować najpiękniejsze i najdroższe mi skarby ludzkiej wyobraźni, długo wybierałabym dla nich miejsce, aby ściany, na których je rozwieszę, podkreślały barwy, a postumenty pozwalały docenić doskonałość formy i bogactwo treści. Jednak wystrzegałabym się muzeów, choćbym mogła wznieść Muzeum Wyobraźni, Muzeum Wymyślone, „które nie istnieje w żadnym punkcie globu poza moją czaszką”[1], bo sale muzealne są niczym cmentarze przebrzmiałych idei, skruszałych ze starości symboli, zapominanych z wolna skojarzeń. Być może dla owych skarbów właściwszy byłby Targ Wyobraźni, choć „większość rzeczy, jakie się znajduje na jarmarkach Wyobraźni, a zwłaszcza najlepsze z nich, wytworzono z cienkiego szkła i przezroczystej glinki, więc przy najczulszej nawet ostrożności wiele z nich tłucze się”[2] w drodze między statkiem, na którym przypłynęły, a straganem lub sklepem. A jednak sklep też nie spełniłby moich oczekiwań, choćby był magazynem z rodzaju domów handlowych, bo drażniłby przyziemnością handlu, obrotami i zyskami, z czym sztuce rzadko jest po drodze, nawet jeśli kolekcjonerzy i znawcy tematu twierdzą inaczej.

Tomasz Sętowski, Lot w wyobraźni;
źródło obrazu:
 strona artysty
Wybrałabym zatem Pałac Wyobraźni, koniecznie z białego marmuru, by wyglądał jak wysnuty z mgły. Jego komnatom nadałabym imiona, a w każdej szumiałyby fontanny, wabiąc zza okien ptactwo, które prześlizgiwałoby się między gęstwiną liści, i wpadałoby z trzepotem do środka, ażeby krążyć wśród ceramiki, egipskiej biżuterii i posążków z Grecji. Zwiedzanie nie wymagałoby biletów ani specjalnych zaproszeń, wystarczyłoby pokonać prowadzące do komnat korytarze, wąskie i tak kręte, aby już na początku wędrówki zniechęciły najmniej wytrwałych i by tylko niektórzy dotarli do pierwszej komnaty.

sobota, 3 września 2016

Las rzeczy

okładka z: www.znak.com.pl
Jakiś czas temu moja bezpośrednia i bardzo jeszcze niedorosła siostrzenica zapytała mnie z powagą typową dla pięciolatki o to, co lubię. Pytanie padło ni stąd, ni zowąd, bez kontekstu, i rozbrajając mnie kolokwialnością, bo brzmiało: „Ciocia, a co ty lubisz?”, zabiło przy okazji ćwieka, zwłaszcza że siostrzenica wbiła we mnie ten swój przenikliwy wzrok. Nie dała się też przekonać, że byłoby dobrze uściślić kategorie, spośród których mogłabym wybierać. Czy chodzi o książki? O kolory, smaki, muzykę, ulubione zwierzęta albo o miejsca? Kręciła tylko głową, aż rzuciła z rozczarowaniem: „No nie wiesz?”. I wówczas pomyślałam, że właściwie nie wiem, i że łatwiej mi wymienić to, czego nie lubię. Na przykład: nie znoszę plastiku udającego zabawki, hałasu nieudolnie naśladującego muzykę, zaśmieconych ulic, zimowych roztopów, terkotu kosiarki, manipulacji, zimnej kawy, dworców kolejowych, polityki. Wszystko to jednak zachowałam dla siebie, wymyślając dostosowaną do wieku mojej rozmówczyni pozytywną listę, na której umieściłam rysowanie, zwierzęta, książki i, rzecz jasna, ją. Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że zadowoliła się tak banalną odpowiedzią, bo zdaje się, że miała nadzieję na coś więcej. Ale gdyby spytała o to, co lubię od niedawna, nie miałabym kłopotu z udzieleniem odpowiedzi, i to dość wyczerpującej. Tydzień minął mi bowiem pod znakiem niezłych filmów i rewelacyjnych książek, więc gdyby była starsza, wspomniałabym o nich.

sobota, 20 sierpnia 2016

Cudzoziemki w krainie malarza

Diego Rivera, Cargador de Flores, 1935;
źródło: www.museoreinasofia.es
„Wciąż cię widzę w niewypastowanych butach, w starym kapeluszu o szerokim rondzie, w wymiętych spodniach, widzę twoją monumentalną postać, twój brzuch, zawsze cię wyprzedzający, i myślę sobie, że absolutnie nikt nie mógłby z takim dostojeństwem nosić równie wygniecionego ubrania”[1] – taki portret Diega Rivery, meksykańskiego malarza muralisty, daje Elena Poniatowska w miniaturowym zbiorze fikcyjnych listów Angeliny Beloff, jego pierwszej żony, rosyjskiej malarki uczącej się i tworzącej w Paryżu. Drugą żonę Rivery, Lupe Marín, Meksykankę o hiszpańskich korzeniach, będzie śmieszyła ta jego nieatrakcyjna aparycja, „brzuszysko, opadające skarpety, brudne buty, przykrótkie spodnie, kapelusz z obwisłym rondem i laska z Apizaco”[2]. Dla Lupe Diego był największym na świecie malarzem, niekoronowanym królem Meksyku, legendą, symbolem i… wielkoludem na niekończącej się diecie. Frida Kahlo, trzecia żony Rivery, nazywała go Brzuchalem i, uważając za geniusza, umniejszała swój talent, gotowa – jako malarka – żyć w cieniu męża. Wszystkie cierpiały z powodu niewierności Rivery, jego licznych i głośnych romansów, lecz podziwiały jego kreatywność, niespotykaną charyzmę i radykalne poglądy polityczne. Każda mogłaby zawtórować Angelinie Beloff: „bez ciebie nic nie znaczę, moją wartość określa uczucie, jakie do mnie żywisz, a dla innych istnieję na tyle, na ile ty mnie kochasz”[3]. A jednak z czasem uwolniły się od jego wpływu i, przynajmniej jako artystki, podążyły własną drogą.

Dzieli nas Atlantyk – Angelina
Diego Rivera, Portret Angeliny Beloff, 1909;
źródło: www.wikigallery.org
Dla Angeliny Beloff pisanie listów do Diega było próbą utrwalenia przeszłości, a gdy nie otrzymywała odpowiedzi od męża, który opuścił Paryż dla Meksyku, stanowiły pożegnanie ze wspomnieniami o dziesięciu latach związku. Jej osamotnienie, zmagania z niemocą twórczą i świadomością porzucenia przez człowieka, którego nie przestała kochać, a który już układał sobie życie z inną, brzmią niekiedy jak lament i wołanie o pomoc, zwłaszcza gdy prześladują ją obrazy Dieguita, zmarłego synka. Angelinę nękają ślady minionej obecności Diega, a mimo to lęka się, że z czasem znikną. Wyznaje: „Nie chciałam zdjąć twego kitla z gwoździa koło drzwi, bo ciągle jeszcze zachowuje kształt twoich ramion i jednego boku. Nie mogłam go poskładać ani otrzepać z kurzu w obawie przed tym, iż nie odzyska poprzedniego kształtu i w końcu zostaną mi w rękach łachmany”[4].