poniedziałek, 3 września 2018

Morze Trzcin

źródło okładki: nk.com.pl
„Morze Trzcin”, drugi tom dylogii „Księga życia Hili Campos”, ukaże się 19 września. Tym razem akcja przenosi się do Zamościa. Dla tych, którzy czekają na tę premierę, przygotowałam niespodziankę – fragment szóstego rozdziału. Znajdziecie go również tu: fragment Wyd. Nasza Księgarnia

Mamy zatem rok 1602…







Nad Zamościem istotnie czuwała jakaś miłosierna siła. Wraz z nastaniem mrozów czarna śmierć opuściła najpierw miasto, potem przedmieścia, choć na odchodnym zebrała ostatnie żniwo. Ci, którzy schronili się przed morem na prowincji, teraz z ulgą, ale i ze strachem o los bliskich wracali do porzuconych domostw. Ci zaś, którzy jak my, nie bacząc na zagrożenie życia, zostali w mieście, jawnie dawali wyraz szczęściu i dziękowali Bogu. A każdy po swojemu i jak go nauczono: chrześcijanie w kolegiacie lub u franciszkanów, Ormianie w swoim drewnianym kościołku, my w synagodze.
Ponieważ z nastaniem zimy co słabszych prześladowały kaszel i gorączka, Dawida próżno by szukać w domu, bo od świtu pomagał chorym. Tymczasem Szikma przeniosła się do kuchni na parterze za kantorem, przy wielkiej izbie z oknami od strony dziedzińczyka. Kazała parobkowi znieść skrzynię z ziołami i odtąd warzyła nalewki, ucierała maści, mieszała mikstury.
Wkrótce zyskała rozgłos. Widziano w niej niewiastę wtajemniczoną w sekrety ludzkich słabości, w tajniki duszy i serca, a jako że człowiekowi najtrudniej powściągnąć uczucia (albo się do nich zmusić), najróżniejsi nieszczęśnicy prosili ją o zioła a to na rozbudzenie namiętności, a to na poskromienie żądz. Ale w sekrecie lub pod jakimś niewinnym pretekstem przychodziły kobiety z przedmieść i spoza miasta, i błagały o mikstury spędzające niechciane płody. Ryzykowały skórą, gdyż wykryte i osądzone niechybnie położyłyby głowę pod katowski topór. I Szikma mogła podzielić ich los. Mimo to nie słuchała przestróg. Wierzyła, że sprzyja jej szczęście.
Jakoś przed Świętem Świateł odwiedziła ją niespodziewanie Róża Balejowiczowa, żona Auksentego Balejowicza, znanego z zacności ormiańskiego kupca, który w kramie na Wielkim Rynku handlował przyprawami i złotem. Wieść niosła, że z Róży niewiasta cnotliwa i pobożna. Obnosiła się z wiarą w moc chrześcijańskiej modlitwy i trzymała ze swoimi, z dala od nas, mieszkańców żydowskiej ulicy. Stawała nieraz za ladą w mężowskim kramie, a ponieważ była zadziorna i popędliwa, ten kram – z nią pośrodku, z jej krągłym, lśniącym jak od oliwy licem, śmiałymi oczami, ustami, które nie zwykły milczeć, wreszcie z obfitym, ujętym w karby tureckiego jedwabiu ciałem o kształcie miękkiej i przejrzałej gruszki – stanowił nieporównywalne z niczym widowisko.
Ale tego dnia jakby nie była sobą. Zafrasowana przycupnęła w kuchni Szikmy na skraju skrzyni przykrytej kilimem. Przy świecach płonących w pozłocistym lichtarzu i w oparach dusznych aromatów ziół swe żywe, ruchliwe dłonie, z których kapało złoto, splotła na obfitym brzuchu. Spoczywały tam nieruchomo niczym ptaki spętane sznurem.
Zwilżyła wargi językiem. Chwilę szukała posmaku otaczających ją zapachów, które przylgnęły do jedwabiu i do skóry.
– Córkę wydaję za mąż – rzekła przez ściśnięte gardło.
Pokiwałyśmy z Szikmą głowami i czekałyśmy, aż kupcowa wyzna, z czym przyszła. Róża rozplotła dłonie, te zaś, odzyskawszy swobodę, wystrzeliły w górę. Każdy gest ciągnął sznureczek słów.
– Od przeszło roku Iwaszko Owaniszowicz przychodził do mojej Barbarki w konkury – powiedziała Balejowiczowa. – Nie przypadł jej do serca, nie naciskałam więc, żeby go przyjęła, choć sprzyjał mu mój mąż. Ale go przekonałam, że panna z niej niebiedna i tak urodziwa jak rzadko która, niech powybrzydza, póki nie znajdzie się lepszy. Stanęło na moim. Byłam rada, bo z Iwaszki gwałtownik i okrutnik, a co gorsza wdowiec. Ale któregoś dnia mąż wrócił z wiosennego targu z zapowiedzią, że Barbarkę oddamy Iwaszce tej zimy. Spytałam, po co jej raptus. Zżymał się, lecz nie na Iwaszkę, a na mnie i na Bogu ducha winną Barbarkę. Aż rzekłam: niech będzie po twojemu. Latem narzeczeni wymienili pierścienie, spisaliśmy krorong*. A chociaż Barbarka wnosi w wianie okrągłą sumkę, Iwaszko musiał ją oprawić* na swoim domu i na tym młynie, co stoi na Lwowskim Przedmieściu. Odtąd słał jej podarki: koszule z cieniutkiego płótna, tureckie i adziamskie* tkaniny, haftowane złotem trzewiki, rodzynki, migdały, wonne korzenie i cudnej roboty zwierciadło, a ona, wdzięczna za pamięć, też odpłacała się godnie. Własnymi rączkami zagniatała ciasto na struclę, którą go częstowała, wyszywała dla niego chustki. Ale bladła mi z dnia na dzień i nikła w oczach. Spytałam więc, czy go miłuje, bo choć okazuje mu serdeczność, pęka mi serce, gdy widzę, jaka jest biała na liczku. Inna pewnie wyznałaby prawdę, a ta tylko zaciskała usta albo mówiła, że blednie ze szczęścia. Ślub w karnawale. Mnie zaś gniecie w dołku, że jestem złą matką i że nie ratuję córki przed nieszczęściem. A wczoraj o niej śniłam. Była martwa, bez kropelki krwi, jakby oprószona mąką. Przyszłam więc prosić o pomoc…
Szikma słuchała w milczeniu. Emanowała siłą, przenikliwe oczy zaszły połyskliwą mgiełką. Budziła podszyty strachem respekt przed tym, co prastare. Z istnienia takich sił zdawałam sobie sprawę w Wenecji, gdy ruszałam w taniec dla uczczenia żydowskiego karnawału. Czułam wtedy obecność tego, co pradawne i czemu niebezpiecznie jest ufać, chociaż nęci.
Bratowa wstała z krzesła. Odtąd, zamiast stąpać, jakby płynęła na wonnych oparach lilii i anyżu. Ważyła, odmierzała szczypty, wykonując dłońmi płynne, koliste ruchy, aż mieszanka suszu była gotowa.
– Dajcie to córce, gdy siądzie z Iwaszką do stołu – powiedziała. – A potem jemu. Dosypałam startego na proch rozchodnika, wkrótce więc obdarzą się stałym uczuciem i nie spojrzą na inną ani na innego. Chyba że jedno pomrze, bo tylko wtedy przeminie miłość wywołana tajemną mocą roślin. A Barbarka niech nie zdejmuje tego naszyjnika…
Wyjęła ze skrzyni mieniące się niebieskie szkiełka, mówiąc, że to potężny amulet, ochrona przed złym okiem, trucizną i raptownym zgonem. I choć radziła, żeby Iwaszce patrzeć na ręce, dodała ze smutkiem, że trudno odwrócić bieg losu.
***
Tamtego roku przepych zimy objawił się tuż przed Świętem Świateł, w miesiącu kislew. Niespodziewanie krótkie i brudnoszare dni odmieniła biel, a miasto doświadczyło cudownej metamorfozy. Przeistoczyło się w przestrzeń o luźnej, jakby iluzorycznej formie. Wszystko w nim było zmienne, ruchome, niczym wyjęte ze snu. I tylko niebo, jak raz wprawiony w ruch mechanizm, nad którym czuwa Pan wespół z miłującą ład i harmonię naturą, trwało na swoim miejscu. Ale i ono podlegało prawom innym niż latem, bo wiry gwiezdne, iskry księżycowego światła i stalowoszare chmury wojowały nieustannie o władzę nad firmamentem. Ścierały się na kształt kół zębatych i przekładni olbrzymiego werku* albo niczym nieprzeliczone ruchome części astrarium o zwielokrotnionych tarczach, wychwytach i śrubach obracających się z chrzęstem i bez spoczynku. Aż po kres świata.
Ta niebiańska machina, bez wątpienia dzieło geniusza, była niepojętą konstrukcją. Odtwarzała ewolucje planet, ruchy Słońca i Księżyca, więc spoglądaliśmy na nią jak na spektakl. Podziwialiśmy arabeski z gwiazd, lisią czapę księżyca, kształty płatków śniegu ślizgających się na falach zmrożonego powietrza oraz ciszę westchnień, szelestów, szeptów ginących w zaspach. Porównywaliśmy je do tego nieba, którego marne skrawki lewitowały nad weneckim gettem i tym bardziej, w zdumieniu, zachwycie i z lękiem, spozieraliśmy na nie przez uchylone okna.
Śnieg nadał miastu kształt ułudy. Wzrok gubił się wśród rantów złagodzonych puchem, pobielonych zaokrągleń, cienistych zakamarków. Z upodobaniem śledziliśmy ich płynną srebrnobiałą formę, a także wąziutkie ścieżki ścigające brodzących w zaspach ludzi. Gdyby więc spytano mnie, czy pokochałam Zamość, odrzekłabym, że zakorzenił się i umościł w moim sercu obraz zimowego nieba, przeczystego śniegu i bladego światła chanukowych świeczek.
Te świeczki paliliśmy przez osiem dni dla uczczenia triumfu Machabeusza nad Antiochem i upamiętnienia oczyszczenia zbezczeszczonej Świątyni. Oraz tego, że choć obrócono ją w pustkowie porośnięte trawą, odrodziła się z ruiny. Urządzono ją sprzętami ze złota, zapalono świeczniki, na ołtarzu spalono wonności, na stole położono chleby, o czym ojciec czytywał nam z Flawiusza. Zapominaliśmy więc o mrozie i zimie, zwłaszcza że służki paliły w piecach. Rozgrzane żarem szkandele* wsuwały ostrożnie w wychłodzone za dnia pierzyny z gęsiego puchu, dbając, żeby nie zaprószyć ognia.
Świat wokół domu jakby się skurczył. Życie przeniosło się do dusznych, na pół widnych wnętrz, do ciepłego, bezpiecznego azylu. Było trwaniem w murowanych ścianach izb, z wyprawami w zaspach do łaźni, synagogi, rzadziej do kramów, bo dzięki zapasom mogliśmy do woli grzać się przy ogniu i gorącej strawie. Gdy śnieg gęstą zasłoną okrywał Rynek Solny, dziedzińczyk, uliczki skrzyżowane na kształt pól szachownicy, grzęźliśmy w spowolnionym czasie. I tylko dzwony zamojskich świątyń, ich natarczywe nawoływanie, niosący się od domu do domu zew, przypominały nam o porankach i zmierzchu. Nic więc dziwnego, że w owym czasie każda awantura przekupek czy najbłahsze zdarzenie rzucało się w oczy. Zwłaszcza tym, którzy nabrali przyzwyczajenia spozierania na miasto przez okna.
Nabrałam go i ja, więc nie umknęła mi z pozoru niewinna scenka. Nieopodal kamienicy obok znajomo wyglądającego młodzieńca w czarno-brunatnym odzieniu stała dziewczyna w błękitach i karmazynach. Z nimi ormiański tłumacz, którego miejscowi kupcy najmowali dla lepszego porozumiewania się z przybyszami z Turcji. Mimo że sypał śnieg, poznałam Miriam i bratanka aptekarza. Spotkanie – krótkie, lecz niestosowne – wzbudziło moją czujność, postanowiłam więc przestrzec dziewczynę, że ludzie wezmą ją na języki.
Tamtej nocy nawiedził mnie też niepokojący sen. Stanowił echo trwożących myśli, że to, co nieprawdopodobne, zdarzy się ponownie. Ostrzeżenie padło z ust zmarłej matki, która kazała mi spojrzeć na zmąconą toń stawu. Miejsce było nieznajome, mimo to wiedziała, że kto zanurzy się w wodzie, zginie w wirach i rzęsie wodnej. Raptem niedaleko brzegu, na skraju połaci tatarskiego ziela, wypatrzyłam Miriam. Oddalała się, krzyknęłam więc, żeby zawróciła i była ostrożna. Wówczas sen się rozwiał.
Rankiem poszłam do Miriam. Tkała, pochłonięta pracą. Malowała na tkaninie dziesiątkami barw, zacierając granice między nimi. Tworzyła iluzję świata. Liście i gałązki na gobelinie jakby drżały. Pierś biegnącej panny unosiła się i opadała. Wiatr przeczesywał jej rozplecione włosy, igrał ze zwiewną szatą, z pióropuszami traw. Dziewczyna pierzchała przed grozą, ta zaś, wciąż nieutkana, miała spłynąć niebawem na gobelin spod palców Miriam.
Gdy spytałam ją o spotkanie z bratankiem aptekarza, z niechęcią odsunęła się od krosna.
– Wywołał mnie przez tłumacza – odparła. – Poszłam z ciekawości, ale byłam dla niego chłodna, bo poznałam go tego dnia, gdy zgubiłyśmy się z Nursen. Był ze studentami, którzy zastąpili nam drogę. Trzymał się z boku i pewnie dlatego utkwił mi w pamięci. Ukrywałam to, żeby nie poróżnić twojego ojca z aptekarzem. Wczoraj chciałam mu rzec, co myślę o takich jak on, ale mnie ubiegł. Wyznał, jak dręczy go sumienie, że się za mną nie ujął. Wybaczyłam mu, bo mnie o to poprosił, nie mam jednak pewności, czy można mu ufać, więc go unikam.
– I słusznie – powiedziałam. – Uważaj na ludzi, których słowa zaprzeczają czynom.
Objęłam Miriam, przezorność tłumacząc obawą o jej przyszłość. Byłam widać przekonująca, bo obiecała rozwagę.
***
Na targ jesienny ściągali do Zamościa włóczędzy i żebracy, i zostawali do wiosny. Żywili się u zamożnych mieszczan, chętniej kołacząc do chrześcijan. Ale kiedy im tam nie otworzono, co zdarzało się rzadko, nie gardzili naszym jadłem. Ponieważ życie człowieka trudno nazwać życiem, gdy zależy od cudzego stołu i gdy się ma jedną koszulę, przyjmowaliśmy ich, bo mieliśmy przecież pełne garnki, oni zaś jadali chleb z żołędzi albo ze słomy.
Przesiadywali w kuchni Szikmy, grzejąc się przy ogniu. Było ich dwóch: w kożuchach z naderwanymi pągwicami* i w złachmanionych czapach. Dziadowską tułaczkę zaczęli z nadejściem wiosny na Rusi, lato spędzili we Lwowie, jesień i zimę w Zamościu. Zwaliśmy ich Obolewcem* i Kołozębem*, bo jeden, z urodzenia mańkut, lewą ręką zabawiał dzieciarnię zmyślnymi sztuczkami, drugi zaś miał krzywe, poczerniałe zęby. Niekiedy wydawało się, że wiekiem równi są ojcu, ale częściej sprawiali wrażenie młodszych. Za gościnę, strawę parującą na drewnianych miskach i za pachnące pajdy chleba odpłacali opowiastkami. Od lat nigdzie nie zagrzali miejsca, włócząc się po jarmarkach. Zbratani z ludźmi gościńca, o nich rozprawiali najchętniej.
Bo kogóż tam nie było! Wędrowni kramarze, obraźnicy ze świętymi dla chrześcijan obrazami, gońcy z pilnymi pismami, niedźwiednicy z niedźwiedziami nauczonymi tańca i służenia przy stole w przesławnej akademii smorgońskiej. Oprócz nich linoskoczkowie, kuglarze, muzykanci, miasiarze* z Litwy, konowałowie z Rusi, uwolnieni cudem jeńcy tureccy, handlarze niewolników, dawni galernicy, wydrwigrosze, szulerzy. Ale najliczniejszą grupą szli żebracy i o nich słuchałyśmy najczęściej, dziękując Panu, że z nas ludzie osiadli.
Te opowieści niczym ojcowskie księgi miały cudowną moc przenoszenia nas do odległych i nieznanych miejsc. Noga za nogą, w skwarze albo podczas niekończącego się deszczu, wędrowałyśmy więc w wyobraźni, podziwiając niespotykane gdzie indziej dziwy i drżąc na myśl o niebezpieczeństwach. Dzięki wymowności Obolewca to, co powszednie, stawało się baśnią o miastach, kramach, jarmarkach, pałacach, pozwach sądowych, mężobójstwach, dzieciobójczyniach i luźnych ludziach*. Nikt nie wiedział więcej od niego o karczmach i karczmarzach, miejscowych weselach, nagłych i tajemniczych zgonach. O przepowiadaniu pogody z kształtu chmur, ptasiego śpiewu, rosy i z zachodu słońca. Gdy więc przez kaszę albo mleko prześwitywało denko talerza, dokładałyśmy więcej, żeby opowieść dobiegła końca właściwym dla niej rytmem.
Niektórych kłuła w oczy nasza szczodrość. Zapewne dlatego, że sami jej zaniechali, sparzywszy się, gdy żebracy, zamiast wdzięcznością, odpłacali kradzieżą srebrnych łyżek, rzeźbionych pucharków czy miedzianych garnków, co po chrześcijańskim nowym roku przytrafiło się Mojrze i Ormiance Jaroszowiczowej. Ale nie nam.
Niebawem odbyło się wesele Barbarki Balejowiczówny i Iwaszki Owaniszowicza. Ponieważ resztki ze stołów rozdzielono między służbę i żebraków, Kołoząb, czuły na historie ze szczęśliwym finałem, rozwodził się przy nas nad zaślubinami. W oczach panny młodej widział szczery, choć stłumiony skromnością afekt, w oczach pana młodego namiętne miłowanie.
– Barbarka, czarnobrewka jak matka, wiotka niczym młoda brzózka, wystąpiła w diamentowej koronie, złocistej powłóczystej szacie i w haftowanych srebrem trzewikach, za które narzeczony zapłacił dwieście złotych – powiedział. – Iwaszko zaś prezentował się niczym ormiański książę w podszytym sobolami kontuszu ze złotymi guzami i w butach wyszywanych złotem. Żeby parze nie brakowało w przyszłości powodzenia i ludzkiej życzliwości, częstowano gości winem i wykwintnym jadłem. Ale strojnością szat i wystawnością święta małżonkowie rozdrażnili władze miasta i mieszczaństwo przeciwne nadmiernemu obnoszeniu się z bogactwem. Po cichu, z zawiścią, ludzie sarkali na ten brak umiarkowania.
W Zamościu trudno było ukryć coś przed sąsiadami, szeptano więc też zazdrośnie o krorongu. Na dowód, że spisano w nim skarby, Kołoząb wymienił złote łańcuchy, sznury pereł, czapki z atłasu, manele, zausznice, katanasze*, spinki, złote koronki, pościel haftowaną jedwabiem, odświętne letniki, płaszczyki, spódnice, kabaty. Miriam, której przekładałam jego słowa, wykrzyknęła zdumiona, że choć w Stambule zaślubiny mają królewską oprawę, taki zbytek należy do rzadkości.
– Gdy Barbarkę i Iwaszkę powiedziono do ormiańskiej świątyni, przypadkiem przechodziłam nieopodal. Przystanęłam, bo rozwiązał mi się trzewik – powiedziała Szikma. – Młoda para wchodziła właśnie do kościoła, a za nią lśniła klejnotami ludzka wstęga. Goście, od stóp do głów w seraserach, muchajerach, jedwabiach nadpływali wartką rzeką, która skrzyła się od złota i zadziwiających nieregularnością pereł. Ten urzekający widok przywiódł mi na myśl wspomnienie zaślubin z Rubenem, co wzięłam za dobrą wróżbę. Pomyślałam też, że choć nie da się uniknąć nieszczęść, zdarzają się dni triumfu, nadziei i dobra.


krorong, krorunk – kontrakt przedślubny
oprawić – zabezpieczyć prawnie posag żony
adziamskie – perskie
werk – mechanizm zegara
szkandela – płaskie naczynie mosiężne lub szklane napełnione gorącą wodą lub żarem, służące do ogrzewania pościeli
pągwica – guzik
obolewiec – mańkut (wg Zenona Klemensiewicza)
kołoząb – osoba z krzywymi zębami (wg Zenona Klemensiewicza)
miasiarz – kastrator, człowiek parający się kastrowaniem zwierząt
luźni ludzie – chłopi, którzy uciekli ze wsi wbrew prawu
manele – bransolety, ozdoby na rękę
katanasz – rodzaj wierzchniego ubioru kobiecego

źródło okładki: nk.com.pl


"Morze Trzcin" jest kontynuacją "Córki głosu".

Jest rok 1597. W chrześcijańskiej Wenecji Żydzi żyją za murami getta, a za przywilej praktykowania swojej wiary odwdzięczają się wiernością wobec Republiki i poszanowaniem jej praw. Kupiec Menachem Campos wypływa do Stambułu na galeonie handlowym. Hila, jego córka, szykuje się do zaślubin, a młoda synowa spodziewa się narodzin upragnionego syna. Los zdaje się im sprzyjać, lecz do czasu, bo gdy z morza nadchodzą tragiczne wieści, żydowską Wenecją wstrząsają pogłoski o tajemniczych znakach - zwiastunach prześladowań i klęsk...

niedziela, 18 marca 2018

W pracowni alchemika - batik

okładka z: nk.com.pl

Pamiętacie batiki Judyty Schraiber, bohaterki „Niepokornych”? Między fikcją literacką a prawdą istnieje granica, często niedostrzegalna, ale oczywista. Dopiero w tym roku miałam okazję sprawdzić, na czym polega batikowanie z prawdziwego zdarzenia. A choć gdy pisałam o batikach Judyty, korzystałam z fachowych źródeł, teraz – mądrzejsza o wiedzę praktyczną – mogę powiedzieć, że to fascynująca technika.



Jeśli chcecie poznać tajniki batikowania, wybierzcie się na kursy Stowarzyszenia „Akademia Łucznica”. Dowiecie się w tamtejszej pracowni batiku, jak barwić tkaniny, topić wosk i parafinę, posługiwać się pędzlem, pisakiem do wosku, jak następnie ten wosk ściągać i jak zadbać, żeby batikowy obraz przetrwał dekady. Moją instruktorką była pani Helena Szuba, artystka zajmująca się batikiem od lat osiemdziesiątych XX wieku. Jej batiki są niezrównane: wielobarwne, precyzyjne, energetyczne, po prostu znakomite. Zresztą obejrzyjcie film.

sobota, 3 marca 2018

Sefardyjski księżyc - jeszcze o "Córce głosu"

okładka z: nk.com.pl

Kiedy po raz pierwszy wchodziłam do Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN (byłam tam potem kilkadziesiąt razy), nie podejrzewałam, że moje zetknięcie z kulturą Sefardyjczyków zaowocuje powieścią. Pamiętam, że gmach wywarł na mnie wrażenie. Zwłaszcza to, jak rozmieszczono galerie stałe: trzeba do nich zejść po schodach – trochę tak, jakby schodziło się pod ziemię. A przecież pierwszy jest LAS i bez wątpienia najpierw to on podziałał na moją wyobraźnię. Choć więc kończyłam ostatni tom cyklu „Niepokorne”, już zaczęłam obmyślać nową historię.

W Muzeum POLIN największy nacisk kładzie się na historię Aszkenazyjczyków. Jednak mnie udało się wyłowić wzmianki o Sefardyjczykach, o ich obecności w Krakowie, we Lwowie i przede wszystkim w Zamościu, gdzie na przełomie XVI i XVII wieku znajdowało się ich największe skupisko na ziemiach polskich. Nie bez znaczenia był tu fakt, że w 1588 roku kanclerz Jan Zamoyski wydał przywilej przyznający Sefardyjczykom niezwykłe jak na tamte czasy prawa: wolność wyznania, prawo do zbudowania synagogi i cmentarza, do stawiania i kupowania domów, do swobodnego handlu i parania się rzemiosłem niemal bez ograniczeń. Aby zagwarantować Sefardyjczykom sprawiedliwy sąd w sporach z mieszczanami, Zamoyski wziął ich pod swoją jurysdykcją. Dlatego „w XVI wieku (w latach 1588-1600) przybywali do Zamościa Żydzi sefardyjscy z Turcji i Włoch, w ciągu zaś XVII wieku – z Włoch i Holandii. Na przełomie XVI wieku niektórzy z tych przybyszów wyjechali, ale gmina sefardyjska pozostała, w XVII wieku osiedlili się w Zamościu członkowie znanych rodzin Żydów sefardyjskich: Campos, Castiell, Zakuto, Uziel. Najwięcej Żydów sefardyjskich przybyło w latach 1630-1640”[1].

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Córka głosu

źródło okładki: nk.com.pl
Niebawem – bo już 14 lutego – do księgarń trafi moja najnowsza powieść. Nakładem Wydawnictwa Nasza Księgarnia ukaże się „Córka głosu”, pierwszy tom dylogii „Księga życia Hili Campos”. A tak brzmi oficjalna zapowiedź książki.

Jest rok 1597. W chrześcijańskiej Wenecji Żydzi żyją za murami getta, a za przywilej praktykowania swojej wiary odwdzięczają się wiernością wobec Republiki i poszanowaniem jej praw. Na galeonie handlowym kupiec Menachem Campos wypływa do Stambułu, Hila, jego córka, szykuje się do zaślubin, a młoda synowa spodziewa się narodzin upragnionego syna. Los zdaje się im sprzyjać, lecz do czasu, bo gdy z morza nadchodzą tragiczne wieści, żydowską Wenecją wstrząsają pogłoski o tajemniczych znakach – zwiastunach prześladowań i klęsk…
"Księga życia Hili Campos" to porywająca dylogia opowiadająca o burzliwych dziejach sefardyjskich Żydów, wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii edyktem króla Ferdynanda i królowej Izabeli. Pragnienie znalezienia nowej ojczyzny wiedzie ród Camposów do najpotężniejszych państw szesnastowiecznej Europy, a niekończącym się peregrynacjom przyświeca idea "città ideale" – miasta idealnego. Czy to możliwe, że nazywa się ono Zamość…? [1]

niedziela, 24 grudnia 2017

Świątecznie

premiera 14 lutego 2018 r.
okładka z: nk.com.pl
Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi pracowicie i pewnie dlatego minęły błyskawicznie. Kończenie drugiego tomu dylogii „Księga życia Hili Campos” zajęło mi więcej czasu, niż założyłam początkowo, ale reszta – jak to przed Bożym Narodzeniem: domowe porządki, przedświąteczne zakupy, wyszukiwanie prezentów gwiazdkowych, zwyczajny o tej porze rozgardiasz.

Ale wygospodarowałam chwile na czytanie. „O kotach” Charlesa Bukowskiego to moje najświeższe odkrycie. Posłuchajcie tylko: „Dobrze mieć przy sobie kilka kotów. Kiedy źle się czujesz, wystarczy na nie spojrzeć i zaraz ci się poprawi humor, bo one wiedzą, że wszystko jest tylko takie, jakie jest. Nie ma czym się podniecać. Wiedzą to, i już”*. Cóż, jestem zagorzałą fanką Manxa i jego kocich koleżków. ;-) Dokończyłam też nareszcie „Córkę” Eleny Ferrante, bez wątpienia mojej ulubionej autorki, i dłubałam trochę w miedzi. To ostatnie jest zdumiewająco odprężającym sposobem spędzania czasu, szczerze więc polecam wire wrapping wszystkim zmęczonym i zestresowanym codziennością. Oto co zrobiłam wczoraj:

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Biżuteria z miedzi

dworek w Łucznicy
O warsztatach rękodzieła artystycznego w Stowarzyszeniu „Akademia Łucznica” marzyłam od lat. Jakoś się nie składało, czekałam więc cierpliwie na bardziej sprzyjające okoliczności. Doczekałam się w tym roku. Spędziłam kilka fascynujących dni w klimatycznym, przyjaznym miejscu, sporo się nauczyłam, poznałam ciekawych ludzi. Było to bez wątpienia inspirujące doświadczenie.

tu znajdują się pracownie
We dworze należący w dziewiętnastym wieku do rodu Potockich dziś kwitnie kultura stosowana. Z zewnątrz pobielony, w środku kolorowy gmach tętni życiem, a artystyczny rozgardiasz dodaje mu tylko uroku. Mnóstwo w nim pasjonatów rzemiosła i sztuki; zjeżdżają się ze wszystkich stron Polski, żeby poznawać tajniki ciesielstwa, tkactwa, ceramiki, witrażu, makramy, fotografii i wielu innych technik. Zajęcia odbywają się w świetnie wyposażonych pracowniach, w budynkach położonych nieopodal dworku, zawsze pod okiem znających się na rzeczy instruktorów.

piątek, 17 listopada 2017

Drzwi do przeszłości – „Etykieta japońska”

okładka książki z: www.wuj.pl
Jak wygląda japońska ceremonia parzenia herbaty? Dlaczego chorym nie daje się w Japonii kwiatów doniczkowych? Skąd wziął się zwyczaj noszenia przez Japończyków maseczek zasłaniających nos i usta? Czym różni się japoński uścisk dłoni od europejskiego? Wreszcie: jak zrozumieć, jacy naprawdę są Japończycy i z czego wynika oryginalność i egzotyka ich kultury?

„Etykieta japońska” Boyé Lafayette’a De Mente’a i Geoffa Bottinga to poradnik poświęcony typowym dla Japonii sposobom zachowywania się, tamtejszym formom towarzyskim i ceremoniałom. Wiedzie nas do świątyń i chramów, do metra i łaźni publicznych, do restauracji i na spotkania biznesowe, abyśmy – odbywając „interesującą i pouczającą podróż”[1] – poznali zwyczaje „jednego z najbardziej fascynujących społeczeństw świata”[2]. Ponieważ społeczeństwo Japonii cechuje swoiste połączenie tradycji z nowoczesnością, ale też dążenie do harmonii, rytualizacja różnych stron życia i poszanowanie natury, odkrywamy kraj postępowy, gościnny i coraz bardziej otwarty na inne kultury, jednocześnie zaś jesteśmy uczestnikami „emocjonalnej, intelektualnej i duchowej wycieczki w przeszłość”[3]. Dodam, że jednej z tych wycieczek, które zapadają w pamięć.

sobota, 4 listopada 2017

Chcieliśmy zrobić coś pięknego – „Koń doskonały” Elizabeth Letts

źródło okładki: www.wuj.pl
Janów Podlaski, 1939 rok. „Białe stajnie (…) stadniny, założonej w 1817 roku, na kształt podkowy zamykały z trzech stron rozległy dziedziniec; środkowa nosiła nazwę stajni Zegarowej od prostokątnej wieży z zegarem pośrodku budynku”[1]. W boksach szlachetne konie arabskie o imionach tak tajemniczych i eleganckich jak nazwy gwiazdozbiorów: gniady Witeź z białą gwiazdką na szerokim czole, Wielki Szlem, Witraż, Federacja, Najada, Lotnik… Ich dramatyczne, niezwykle wzruszające wojenne losy Elizabeth Letts, amerykańska pisarka i wielka admiratorka koni, odtworzyła w reportażu historycznym „Koń doskonały. Ratując czempiony z rąk nazistów”. Dzięki wspomnieniom, pamiętnikom i listom ludzi, którzy podczas drugiej wojny światowej walczyli o ich przetrwanie, stworzyła porywającą opowieść o wojennej odysei janowskich arabów i wiedeńskich lipicanów, a także o niemal mistycznej więzi między człowiekiem a jego koniem. Więzi ujętej najdoskonalej w przysłowiu: „Dobry jeździec może usłyszeć mowę swojego rumaka, a wielki jeździec potrafi usłyszeć jego szept”[2].

Araby z Janowa Podlaskiego - współcześnie

Elizabeth Letts nie boi się patosu. Pisząc o arabach z Janowa Podlaskiego i lipicanach z Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w Wiedniu nie stroni od wielkich słów dla podkreślenia wyjątkowości wierzchowców. Każdy ma udokumentowany rodowód, fascynującą biografię, rzadkie i cenne cechy, wśród których odwaga i lojalność wobec ludzkich opiekunów powtarzają się najczęściej. Byłoby to może nieco przesadzone, gdyby nie tocząca się w tle wojna. Witraż i Wielki Szlem cudem uchodzą z bombardowania Drezna. Witeź, nazywany przez autorkę „polskim księciem”, wywieziony przez nazistów z okupowanej Polski do najlepiej strzeżonej stadniny Trzeciej Rzeszy w Hostau, został uratowany przez amerykańskich żołnierzy 2. Pułku Kawalerii przed nadciągającą Armią Czerwoną, która ze zdobycznymi końmi czystej krwi obchodziła się po barbarzyńsku. Federacja, siwa klacz z plamą rudawej sierści, zaginęła podczas ewakuacji janowskiej stadniny we wrześniu 1939 roku. Wstrząsające, budzące protest czytelnika fakty o wojennych losach koni rasowych i tych zwyczajnych, „zaprzęgniętych do wozów artyleryjskich”, „ciągnących ciężkie fury”, „z dziurami od kul”[3], uświadamiają oczywistą, choć może lekceważoną prawdę, że „konie zasługują na to, by je zawsze dobrze traktować”[4].

poniedziałek, 23 października 2017

Domy ze słomy, domy z cegły – „Ślady wilka” Rolanda Schimmelpfenniga

źródło okładki: www.wuj.pl
„Wilki żyją w stadach, ale niektóre zwierzęta muszą czasem opuścić stado, a wtedy wędrują, żeby znaleźć sobie nowe stado, i tak mogą pokonywać duże odległości (…)[1]. Tymczasem ludzie współtworzą społeczności, a gdy te rozpadają się i niszczeją, człowiek – skazany na lęk – traci poczucie sensu istnienia. A choć pragnie odmiany, paraliżuje go głębokie przekonanie, że nic już nie da się zmienić. Co gorsza, wolność wydaje się mu przebrzmiałą ideą w świecie z góry określonych dróg, nie wolno bowiem „wybrać innej niż w szablonie, tak jak w kanale, albo kiedy się idzie wzdłuż szczelin między płytkami i można skręcić tylko wtedy, gdy się dojdzie do końca jednej i zaczyna się druga”[2].

W powieści „Ślady wilka” Rolanda Schimmelpfenniga człowiek wielokrotnie przegląda się w wilczych ślepiach i są to konfrontacje brzemienne w skutki, mimo że trwają krótko, a niekiedy przypominają marzenie albo sen śniony na jawie. Śledzone przez media i łowców sensacji wychudzone zwierzę, żywiąc się odpadkami wyplutymi przez cywilizację, z wolna, lecz konsekwentnie zmierza od lasów Brandenburgii ku Berlinowi, od prowincji gdzieś przy granicy z Polską ku bezdusznej aglomeracji z betonu. A gdy przekracza jej granicę, staje się elektryzującą legendą miejską, kusząc osamotnionych, skazanych na nijakość, szpetotę, poczucie klęski i niespełnienia berlińczyków.

niedziela, 7 maja 2017

Księgi sekretów

Hortus Sanitatis, wydanie z roku 1497;
źródło: bildsuche.digitale-sammlungen.de
Księgi pełne sekretnej wiedzy od czasów starożytnych cieszyły się ogromnym powodzeniem, obiecywały bowiem szybkie zdobycie zdrowia, sławy i miłości. Nie ma to przecież jak poradniki o tym, jak niewiele robiąc, zapewnić sobie szczęście, najlepiej dzięki powszechnie dostępnym ziołom, zwierzętom (ze szczególnym uwzględnieniem ptactwa), owadom,  kamieniom. Wiara w możliwość przewidywania przyszłości, w tajemne prawa naturalne, w nieznane zwykłym ludziom właściwości naturaliów ponoć dziś przeżywa renesans; ja jestem sceptyczką, ale z drugiej strony w starych recepturach znajduję wymowne świadectwo czasów, gdy boleśnie odczuwano brak lekarzy albo gdy im nie ufano, o czym opowiada ówczesna literatura atakująca niekompetencję medyków lub ich chciwość. Nic dziwnego, że ratunku szukano w herbariach, kalendarzach oraz w wątpliwej jakości encyklopediach. Księgi te traktuję też jako przebogate źródło wiedzy o mentalności ludzi sprzed wieków i myślę, jak tę wiedzę wykorzystać w pisanej właśnie książce. A oto przykłady recept; pochodzą z drugiego wieku naszej ery, z kompilacji tekstów kilku anonimowych greckich autorów noszącej tytuł „Kyranides. O magicznych właściwościach roślin, zwierząt i kamieni”. Sporo w nich fantazji, czasem budzącej grozę makabry, ale w gruncie rzeczy są fascynujące.

piątek, 14 kwietnia 2017

Świętujmy!

źródło: www.pinterest.com
Najpierw Niedziela Palmowa, „przebierańcy, usmoleni sadzą koniarze, biegający od chaty do chaty w wywróconych na nice kożuchach i wysokich czapkach z papieru. Stukotem drewnianych młotków stawiali domowników na nogi, więc wpuszczano ich do izb, gdzie domagając się fantów, pletli trzy po trzy. Rejwach był z tego nie lada”[1].

Potem Wielki Piątek i Wielka Sobota, kiedy to „Kraków witał święta dostojnym biciem dzwonów, (…) celebrowano Wielkanoc kwestami, uroczystymi sumami, rezurekcją, święceniem wody i ognia, pielgrzymkami do grobów bożych oraz procesjami, z których najznaczniejsza odbywała się wieczorem na dziedzińcu zamku na Wawelu z asystą honorowego batalionu cesarsko-królewskiej piechoty”[2].