niedziela, 18 marca 2018

W pracowni alchemika - batik

okładka z: nk.com.pl

Pamiętacie batiki Judyty Schraiber, bohaterki „Niepokornych”? Między fikcją literacką a prawdą istnieje granica, często niedostrzegalna, ale oczywista. Dopiero w tym roku miałam okazję sprawdzić, na czym polega batikowanie z prawdziwego zdarzenia. A choć gdy pisałam o batikach Judyty, korzystałam z fachowych źródeł, teraz – mądrzejsza o wiedzę praktyczną – mogę powiedzieć, że to fascynująca technika.



Jeśli chcecie poznać tajniki batikowania, wybierzcie się na kursy Stowarzyszenia „Akademia Łucznica”. Dowiecie się w tamtejszej pracowni batiku, jak barwić tkaniny, topić wosk i parafinę, posługiwać się pędzlem, pisakiem do wosku, jak następnie ten wosk ściągać i jak zadbać, żeby batikowy obraz przetrwał dekady. Moją instruktorką była pani Helena Szuba, artystka zajmująca się batikiem od lat osiemdziesiątych XX wieku. Jej batiki są niezrównane: wielobarwne, precyzyjne, energetyczne, po prostu znakomite. Zresztą obejrzyjcie film.

OPOWIEM WAM O MOJEJ SZTUCE
HELENA I JÓZEF SZUBA, BATIK, MALARSTWO



Batik nie znosi pośpiechu i bezmyślności. Żeby stworzyć obraz, trzeba zacząć od projektu na papierze, a więc od planu. Już na tym etapie ustalamy jego wielkość, kolorystykę, grubość linii. Potem przenosimy projekt na bawełnę, jedwab albo cienki len, i przechodzimy do etapu wymagającego cierpliwości, dokładności, odrobiny szaleństwa i – rozmachu. Wielokrotnie barwimy tkaniny i nakładamy wosk z parafiną. Na koniec batik prasujemy.

JAK ZROBIĆ BATIK?

Tu mamy wszystko: projekty na papierze,
batiki jeszcze nieukończone i już uprasowane
(ten buraczkowy jest mój).

Wosk i parafinę trzeba ostrożnie roztopić,
żeby malować nimi na bawełnie.

Barwniki przygotowuje się w kuwetach,
najlepiej dużych.


Pisak do wosku - to już magia rodem z Indonezji
(to praca jednej z utalentowanych kursantek)


Suszenie ufarbowanych tkanin.

W razie niepogody batiki można suszyć tak.


Prasowanie. Zjawiska towarzyszące:
opary dymu, mocny zapach wosku. ;-)


Nie da się zrobić batiku bez choćby podstawowej wiedzy o efektach łączenia barwników. Korzystaliśmy z kilku kolorów, a mimo to paleta znacznie się poszerzyła, gdy batiki farbowaliśmy najpierw na żółto, później na niebiesko albo na czerwono. W ten sposób oprócz czerwonego, niebieskiego, żółtego i brązowego na naszych pracach pojawił się zielony, pomarańczowy, fioletowy, szary, brunatny, turkusowy, różowy. Na wystawie kończącej kurs batiki wyglądały jak efektowne witraże.

TO TYLKO NIEWIELKA CZĘŚĆ WYSTAWY
(powstało ponad siedemdziesiąt prac)


Moja praca w głębi po prawej:
biało-turkusowo-akwamarynowo-fioletowa.

Byłam w Łucznicy po raz drugi, ale to nic przy tych, którzy wrócili tam czwarty czy siódmy raz. To miejsce wyjątkowe. Przyciąga wybitnych artystów i amatorów zafascynowanych sztuką. Kończąc kursy ceramiki, tkactwa, fotografii, batiku, malowania na jedwabiu (i inne), zdobywa się zaświadczenie o podniesieniu kwalifikacji zawodowych i uprawnienia do prowadzenia własnej pracowni. Ale bezcenna jest wiedza. A czas spędzony wśród ludzi o podobnej wrażliwości, identycznych pasjach i potrzebach estetycznych długo zostaje w pamięci. Łucznica jest jak pracownia alchemiczna, w której odkryto recepturę wytwarzania złota. Wy też możecie ją poznać.

ŁUCZNICA

pracownia witrażu
pracownia stolarstwa
pracownia tkaniny - patchwork

pracownia tkaniny - tkactwo

OŚRODEK W ŁUCZNICY 

dworek w Łucznicy

po lewej pracownia ceramiczna,
w głębi stolarstwa, witrażu i batiku;
kot rezyduje w pracowni ceramicznej,
gdzie stoją ogromne piece do wypalania ceramiki

klimat miejsca budują takie oto drobiażdżki

MOJE PIERWSZE BATIKI:















sobota, 3 marca 2018

Sefardyjski księżyc - jeszcze o "Córce głosu"

okładka z: nk.com.pl

Kiedy po raz pierwszy wchodziłam do Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN (byłam tam potem kilkadziesiąt razy), nie podejrzewałam, że moje zetknięcie z kulturą Sefardyjczyków zaowocuje powieścią. Pamiętam, że gmach wywarł na mnie wrażenie. Zwłaszcza to, jak rozmieszczono galerie stałe: trzeba do nich zejść po schodach – trochę tak, jakby schodziło się pod ziemię. A przecież pierwszy jest LAS i bez wątpienia najpierw to on podziałał na moją wyobraźnię. Choć więc kończyłam ostatni tom cyklu „Niepokorne”, już zaczęłam obmyślać nową historię.

W Muzeum POLIN największy nacisk kładzie się na historię Aszkenazyjczyków. Jednak mnie udało się wyłowić wzmianki o Sefardyjczykach, o ich obecności w Krakowie, we Lwowie i przede wszystkim w Zamościu, gdzie na przełomie XVI i XVII wieku znajdowało się ich największe skupisko na ziemiach polskich. Nie bez znaczenia był tu fakt, że w 1588 roku kanclerz Jan Zamoyski wydał przywilej przyznający Sefardyjczykom niezwykłe jak na tamte czasy prawa: wolność wyznania, prawo do zbudowania synagogi i cmentarza, do stawiania i kupowania domów, do swobodnego handlu i parania się rzemiosłem niemal bez ograniczeń. Aby zagwarantować Sefardyjczykom sprawiedliwy sąd w sporach z mieszczanami, Zamoyski wziął ich pod swoją jurysdykcją. Dlatego „w XVI wieku (w latach 1588-1600) przybywali do Zamościa Żydzi sefardyjscy z Turcji i Włoch, w ciągu zaś XVII wieku – z Włoch i Holandii. Na przełomie XVI wieku niektórzy z tych przybyszów wyjechali, ale gmina sefardyjska pozostała, w XVII wieku osiedlili się w Zamościu członkowie znanych rodzin Żydów sefardyjskich: Campos, Castiell, Zakuto, Uziel. Najwięcej Żydów sefardyjskich przybyło w latach 1630-1640”[1].

Za inicjatora powstania gminy Sefardyjczyków w Zamościu uważa się też – oprócz Jana Zamoyskiego – Moszego da Mossę Cohena pochodzącego prawdopodobnie z Wenecji. Zachęcał wielkich kupców sefardyjskich do osiedlenia się w nowo założonym mieście położonym „cztery mile od portu, który bieży do Warszawy i do Gdańska”[2], co było na tyle atrakcyjne, że mogło ich skusić do przyjazdu. I dla Zamościa obecność Sefardyjczyków byłaby co najmniej korzystna. Miasto, zasiedlane wolniej niż planował Zamoyski, potrzebowało ludzi biegłych we wszelkiego rodzaju rzemiośle i handlu, a przecież sefardyjscy kupcy na statkach i karawanach docierali do Stambułu, Persji, Indii, Egiptu i Amsterdamu, a nawet dalej. Byli świetnie wykształconymi poliglotami o kontaktach i wpływach na najpotężniejszych dworach ówczesnego świata. Mierzyć się z nimi mogli chyba tylko Ormianie.

W „Córce głosu” opowieść o rodzinie Camposów zaczęłam od Wenecji, ponieważ w spisach zamojskiej ludności sefardyjskiej z przełomu XVI i XVII wieku przy niejednym nazwisku pojawia się przydomek Italicus lub Venetianus. A jeśli nawet mowa jest o przybyszach z Turcji czy z Amsterdamu, kto wie, czy wcześniej – choć przez chwilę – nie mieszkali w Republice Weneckiej. Ale prawdziwi Camposowie (bo rodzina o tym nazwisku naprawdę żyła w Zamościu) pojawili się na ziemiach polskich nieco później niż w powieści: w latach trzydziestych XVII wieku. Wzmianki o nich są skromne. Wiadomo, że na czele rodu stał Aron de Campos, ten zaś miał synów Abrama Manuela i Mojżesza, a także córkę Hannę. Aron był właścicielem domu w Rynku Solnym, po nim nieruchomość odziedziczyli synowie[3].
Ana Alcaide i "Durme, durme"
tradycyjna kołysanka sefardyjska

Historia Hili Campos i jej rodziny budowała się długo, bo o ile o Aszkenazyjczykach czytałam już podczas pracy nad serią „Niepokorne”, o tyle z historią i kulturą sefardyjską nie miałam wcześniej do czynienia. Ale to właśnie lubię najbardziej: nie spisywanie opowieści, lecz poszukiwanie źródeł i tworzenie sobie wyobrażenia o światach, których już nie ma. Była to zatem obfitująca w odkrycia podróż po kulturze sefardyjskiej (a potem ormiańskiej) do miejsca, w którym – mimo drobnych zgrzytów – pokojowo koegzystowali Polacy, Żydzi, Ormianie, Grecy, Szkoci i wszyscy ci, którzy zamieszkali w Nowym Zamościu u schyłku XVI wieku. Oczywiście i tu zdarzały się konflikty. Ale sprawiedliwe i skuteczne prawo zakładające równość wszystkich mieszczan niezależnie od ich religii czy pochodzenia z większością świetnie dawało sobie radę.

Uważam, że znajomość specyfiki różnych kultur prowadzi do ich zrozumienia, akceptacji i do szacunku, na który zasługują, natomiast ignorancja rodzi stereotypy, nienawiść i pogardę. Dlatego założyłam sobie, rzecz jasna między innymi, że „Córka głosu” oprócz ciekawej fabuły wprowadzi czytelnika do świata obyczajów, wierzeń, rytuałów, przesądów, wreszcie do zwyczajnej codzienności Sefardyjczyków. W cyklu „Księga życia Hili Campos” wielka historia schodzi więc na dalszy plan, a jeśli się pojawia, to tylko wtedy, gdy bezpośrednio dotyka bohaterów.


Chciałabym, żeby „Córka głosu” zainspirowała Was do samodzielnych poszukiwań. Byłoby też wspaniale, gdyby kultura stworzona przez Sefardyjczyków znalazła uznanie w Waszych oczach. Trudno przecież przejść obojętnie obok poezji Mojżesza ibn Ezry albo takich pieśni jak „Sefardyjski księżyc”.

Ana Alcaide i "Sefardyjski księżyc"





[1] Janina Morgensztern, „Uwagi o Żydach sefardyjskich w Zamościu w latach 1588-1650”, Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego, 1961, nr 38, s. 81.
[2] Mosze da Mossa Cohen o Zamościu za: Władysław Łoziński, Patrycjat i mieszczaństwo lwowskie w XVI i XVII wieku, Lwów 1902, s. 53.
[3] Janina Morgensztern, „Uwagi o Żydach sefardyjskich w Zamościu w latach 1588-1650”, Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego, 1961, nr 38, s. 76-77.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Córka głosu

źródło okładki: nk.com.pl
Niebawem – bo już 14 lutego – do księgarń trafi moja najnowsza powieść. Nakładem Wydawnictwa Nasza Księgarnia ukaże się „Córka głosu”, pierwszy tom dylogii „Księga życia Hili Campos”. A tak brzmi oficjalna zapowiedź książki.

Jest rok 1597. W chrześcijańskiej Wenecji Żydzi żyją za murami getta, a za przywilej praktykowania swojej wiary odwdzięczają się wiernością wobec Republiki i poszanowaniem jej praw. Na galeonie handlowym kupiec Menachem Campos wypływa do Stambułu, Hila, jego córka, szykuje się do zaślubin, a młoda synowa spodziewa się narodzin upragnionego syna. Los zdaje się im sprzyjać, lecz do czasu, bo gdy z morza nadchodzą tragiczne wieści, żydowską Wenecją wstrząsają pogłoski o tajemniczych znakach – zwiastunach prześladowań i klęsk…
"Księga życia Hili Campos" to porywająca dylogia opowiadająca o burzliwych dziejach sefardyjskich Żydów, wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii edyktem króla Ferdynanda i królowej Izabeli. Pragnienie znalezienia nowej ojczyzny wiedzie ród Camposów do najpotężniejszych państw szesnastowiecznej Europy, a niekończącym się peregrynacjom przyświeca idea "città ideale" – miasta idealnego. Czy to możliwe, że nazywa się ono Zamość…? [1]

Praca nad „Córką głosu” zajęła mi niemal dwa lata. Wymagała drobiazgowej dokumentacji, bo pisanie o szesnastowiecznej Wenecji i o początkach istnienia Zamościa okazało się prawdziwym wyzwaniem. Co znajdziecie w powieści? Wspominałam już o tym na blogu, odsyłam więc Was do następujących postów:
Hipokrates, morowe powietrze i... kopyto łosiaczas-bezpowrotnie-miniony.blogspot.com/hipokrates-morowe-powietrze-i-kopyto


Dziś czekam niecierpliwie na premierę - i na Wasze wrażenia. A dla zaostrzenia apetytów i na zachętę proponuję lekturę fragmentu powieści. Możecie go też znaleźć do pobrania na stronie Naszej Księgarni - nk.com.pl.


CÓRKA GŁOSU
fragment
1
Biada człowiekowi,  który nie umie odróżnić,  co dobre, a co złe.
Sanhedrin 193
Przyszłam na świat w czwartym roku po wielkiej zarazie, w połowie wilgotnego i upalnego lata. Czarna śmierć znów pustoszyła Wenecję, choć był to pomniejszy atak, jeden z tych, o których próżno by szukać wzmianek w miejscowych annałach. Mnie jednak doświadczył jak najdotkliwiej.
Gdym odrosła od ziemi, opowiadano, że kiedy ojciec obwieścił w synagodze moje imię, które otrzymałam na cześć babki Hili Misrahi Campos, miasto wciąż przyodziane było w kir, a powietrze poszarzałe od dymu z domostw okadzanych paloną smołą. Medycy, także ci najświatlejsi spośród uczniów Galena i Hipokratesa, bezradnie rozkładali ręce, mór zbierał więc przeobfite żniwo, a choć wycofał się niebawem, nie oszczędził mojej matki. Osłabiona trudnym porodem zachorowała u schyłku miesiąca aw i przeczuwając bliskość śmierci, powierzyła dzieci Lei, powinowatej i przyjaciółce, po czym zgasła.
Nie umiałabym przywołać choćby mglistego wspomnienia niewiasty, która mnie urodziła. A przecież jej przedwczesna śmierć, a także fakt, iż początek mego życia przypadł na czas i dla niej, i dla Wenecji tak tragiczny w skutkach, odcisnęły osobliwe piętno: uwrażliwiły na to, co istniało pomiędzy światem realnym, postrzeganym dzięki zmysłom, a światem wyższym, dla większości ludzi niedostępnym. Nie od razu się oswoiłam z tym szczególnym darem. Co więcej, kryłam go starannie, nie mając pewności, czym w istocie jest. Tymczasem z biegiem lat owa zdolność przybrała na sile, a choć nie od razu, w końcu tak do niej przywykłam, że gdyby mi ją odjąć, odczułabym ten brak jak utratę wzroku, słuchu albo mowy.
Matkę znałam z opowieści. Lecz nie zasłyszanych od ojca, ponieważ przybity stratą i przedwcześnie postarzały, nie miał w zwyczaju sięgać pamięcią do lat, które przeżył w miłości i względnym spokoju. Nie obwiniał o swe nieszczęście losu ani tym bardziej Pana, nie złorzeczył i się nie odgrażał, jednak wraz ze śmiercią ukochanej postradał to, co czyniło go troskliwym i czułym opiekunem rodziny: radość życia. Wbrew obyczajowi i naukom rabina nie szukał nowej małżonki, albowiem śmierć tej, którą nazywał klejnotem swoich oczu, przyrównywał do zburzenia Świątyni, tak wielką odczuł stratę. Ponieważ wierzył, że tylko przy pierwszej żonie mógł zaznać szczęścia, osierocony dom poruczył Lei, a sam bez reszty poświęcił się podróżom i interesom. Mimo to nie czułam się osamotniona i odtrącona, gdyż dorastałam wśród bliskich, z którymi byłam zżyta i którzy okazywali mi troskę i przywiązanie.
John Singer Sargent, The Giudecca, Venice;
źródło obrazu: www.the-athenaeum.org
Zwłaszcza w dzieciństwie marzyłam, że o świcie budzi mnie głos matki, lecz zamiast niego słyszałam plusk wody. Przy nim zasypiałam i przy nim o brzasku zrywałam się z posłania, by z głową ciężką od niedośnionych snów, z oczami pociemniałymi od majaków krzątać się we wspólnej alkowie przy łożu, oknie wychodzącym na wąską i gwarną uliczkę, przy misie i dzbanie. Nawoływanie nieodległego morza splatało się z codziennymi modlitwami i z tęsknymi melodiami nuconymi przez starą Leę. Jej usta, spękane niczym skórka ciemnego chleba, chętniej wspominały czasy sprzed getta niż zdarzenia wczorajszego dnia. Szept wody był przytłumiony i monotonny, można by zatem bez wysiłku wyrzucić go z pamięci, gdyby nie zapachy ryb sprzedawanych na pobliskim targu i smród wilgoci, która wgryzła się w ściany domostwa brunatnymi liszajami, pleniąc się niczym bluszcz i obejmując w posiadanie podłogi oraz niskie sufity.
Ludzie wierzyli, że złoto Wenecji wytrysło z morskich głębin, które niczym szańce opasywały miasto, strzegąc jego skarbów. Bywało, że fale łagodnie pieściły nabrzeża wysp i wysepek laguny, widziałam jednak, jak z furią podtapiały katedry, cmentarze, okazałe pałace, składy kupieckie, domy bogatych i biednych, więc w głębi duszy sądziłam, że wenecjanie są w błędzie – morze dawało przecież tyle dobrego, ile złego, a  jego szczodrości dorównywała bezwzględność. Niczym sprawiedliwy, lecz surowy sędzia wszystkich traktowało tak samo, nie czyniąc różnicy między patrycjuszem a żebrakiem. Ale nie wyobrażałam sobie życia na stałym lądzie, morze było bowiem doskonale piękne, o urodzie zmiennej niczym kształt księżyca. Gdy wiejący od laguny salso niósł zapach wodorostów, mieniło się niczym oprószone diamentowym pyłem. Kiedy zjawiała się bora, wiatr północno-wschodni, przywołując wilgoć i chłodząc rozgrzaną skwarem skórę, ciemniało jak horyzont kąsany przez szalejącą wichurę. Myślałam wówczas, że barwy najprzedniejszego jedwabiu sprowadzanego na galeonach handlowych przez mego ojca są nijakie i wyblakłe, jako że nic nie mogło się mierzyć z kolorami Adriatyku.
W owym czasie przywykliśmy do myśli, że Wenecja na zawsze przygarnęła mnie i moich bliskich, dając wprawdzie mniej, niżbyśmy pragnęli, lecz więcej niż ktokolwiek na świecie. Okazano nam gościnność, na tyle jednak ostrożną, abyśmy pamiętali, że jesteśmy obcy i że uczyniono nam łaskę. Musieliśmy więc podporządkować się prawom, na które nikt z nas, wygnańców, nie miał wpływu. Naznaczeni żółtym piętnem, przygnieceni nadmiernymi podatkami, oddzieleni murem getta od morza i siedzib patrycjuszy, nie byliśmy godni zaufania ani tym bardziej miłości, choć Republika Wenecka nie wzdragała się sięgać łakomą ręką po nasze dukaty. Mimo to dochowywaliśmy jej wierności. Ojciec pomnażał bogactwa Serenissimy: od każdego łokcia sprowadzonego sukna płacił drakońskie cła i nie uchylał się od innych świadczeń, a więc od specjalnych opłat za spożywanie soli, której używaliśmy więcej niż chrześcijanie, od zobowiązań na rzecz banków i ambasadorów, od wygórowanego czynszu i niezliczonych podatków nadzwyczajnych, które spadały na nas częściej niż grad latem.
Rzadko widywałam go w  owym czasie. Podróżował do krajów Lewantu albo na północ, do Hamburga i Amsterdamu, a z nim Ruben, mój najstarszy brat. Każdy ich szczęśliwy powrót fetowaliśmy wystawnym posiłkiem i koszernym winem. Dawid, drugi brat, kształcił się na medyka, bo chociaż w naszym kupieckim rodzie profesję ową wykonywano niezwykle rzadko, widok umierającej matki tak nim wstrząsnął, iż poświęcił się walce z bólem i cierpieniem, pragnąc je zwyciężać. Studiował w Padwie i choć jako Izraelita płacił czesne wyższe niż chrześcijanie, nie uskarżał się i nie buntował, gdyż mimo wszystko nie dawano mu odczuć, aby był pośledniejszego stanu. Ceniono go za dociekliwość i pracowitość, czym w krótkim czasie zaskarbił sobie przyjaźń scholarów i podziw padewskich uczonych. On także z nawiązką odwdzięczył się Wenecji; ukończywszy naukę, wrócił do domu, a przystąpiwszy do leczenia, zyskał niebawem taką sławę, że wyróżniono go przywilejem praktykowania wśród chrześcijan.
W najmłodszym z braci, Ezrze, widziałam krnąbrnego młokosa, choć górował nade mną wiekiem, bo dzielił nas rok. Był ulubieńcem Lei, która w jego rysach rozpoznawała cień twarzy swego zmarłego męża, brata naszego ojca, a w oczach barwę źrenic ukochanej świekry. Niczym narowisty, nieokiełznany źrebak chadzał własnymi ścieżkami, a ponieważ było ich wiele i wszystkie omijały nasz dom oraz kupiecki skład, nieustannie miał na pieńku z ojcem i z braćmi. Trudno było orzec, co zniechęciło go do handlu i czemu, choć liczył już osiemnaście lat, nie myślał się ustatkować. Lękając się o przyszłość, do znudzenia przypominaliśmy mu o powinnościach, ganiliśmy za krnąbrność i samowolę. Mnie z tego powodu zaczął z czasem unikać. Żywiąc doń gorące siostrzane uczucie, nie mogłam ścierpieć gwałtowności uczynków i słów ukochanego brata, łajałam go zatem najsurowiej, bo szczerze wierzyłam w jego dobroć i zdolność do poprawy.
John Singer Sargent, Venetian Doorway (1903-1904);
źródło obrazu: www.the-athenaeum.org
W domu należącym do czterech mężczyzn to niewiasty troszczyły się, by skrzynie i kredensy były pełne. Słynąca z gospodarności Lea dzierżyła klucze do spiżarni, skrzętnie zarządzając zgromadzonymi tam zapasami i dbając, aby nie zabrakło oliwy, przypraw i koszernego pieczywa. Chleb, zamiast kupować w pobliskiej piekarni, wypiekała sama, czyniąc to tak zręcznie, że żaden inny nie miał podobnie złocistej skórki i miękkiego, pachnącego zaczynem wnętrza. Chaja, żona Rubena, nad sąsiadkami górowała skromnością i macierzyńskim ciepłem, a ponieważ przyszła na świat w rodzinie osiadłej w niemieckim kwartale getta, i jak nikt z nas w dzieciństwie doświadczyła ubóstwa, wyróżniała się hojnością i miłosiernymi uczynkami. Tylko dzięki niej ustawiona pośrodku stołu ofiarnica napełniała się monetami szybciej niż w innych domach, ażeby później trafić do potrzebujących. To, na czym nam zbywało, a nawet znacznie więcej, zanosiła do synagogi, gdzie pod jej bacznym okiem rozdzielano datki wśród najbiedniejszych w gminie. Ja zaś uważałam się za w czepku urodzoną i najszczęśliwszą, bo mimo trudów codzienności, mimo pracy w przydomowym warsztacie i zwyczajnych w moim wieku trosk, żyłam oczekiwaniem pomyślniejszej przyszłości. Minionej jesieni bowiem, tuż przed wypłynięciem w morze, ojciec przeznaczył mi na małżonka mężczyznę drogiego mojemu sercu. Szykowałam więc ślubną wyprawę, odliczając dni do zamążpójścia.
Choć uważaliśmy się za wenecjan, szanowaliśmy przeszłość swego rodu. Często wracaliśmy pamięcią do dni, gdy zamieszkiwał na ziemi Sefarad, w Toledo, wiodąc dostatni i szczęśliwy żywot. Interesy miały się wówczas nadspodziewanie dobrze, przyjaciele odpłacali wiernością za lojalność i dobre słowo, Jahwe przypatrywał się moim przodkom z uśmiechem aprobaty, bo ich czyny były szlachetne i pełne bojaźni Bożej. Jednak nadeszły mroczne czasy, gdy miejsce przychylności zajęła nieskrywana wrogość tłuszczy oraz władców, którzy wcześniej bez ograniczeń czerpali z naszej kiesy… W końcu zhańbiono nasz ród wygnaniem. Aby go uniknąć, niektórzy przyjęli hiszpańskie imiona i zmienili wiarę, lecz na próżno, bo tym bardziej cierpieli od prześladowań, a podejrzeniom, skądinąd słusznym, że mimo chrztu hołdują starym obyczajom, nie było końca. Porzuciwszy więc majątek, sąsiadów i dalszych krewnych, bez nadziei na rychły powrót udali się do Portugalii. Jednak i tam dręczono ich i nękano. Chcąc ratować życie i przynajmniej część majętności, pradziadek nakłonił bliskich, by poprawy losu szukać na północy. Tym sposobem, w pośpiechu i tajemnicy, wymknęli się z Lizbony.
W Antwerpii postępowali niczym królowa Estera. Jak ona taili żydowskie korzenie, mieniąc się katolickimi Hiszpanami, modląc się w kościołach, potomstwo podając do chrztu, zmarłych grzebiąc na chrześcijańskich cmentarzach. Dzięki temu więcej nie nastawano na ich wolność. Lecz czując się Izraelitami, przestrzegali przykazań Tory, w przydomowych synagogach wsłuchiwali się w słowa rabinów, świętowali szabat i Paschę, potomstwu zaś nadawali podwójne imiona, hiszpańskie i żydowskie. Z czasem ich codzienność i postępki nacechowała dwoistość, jednak coraz trudniej znosili fałsz i obłudę, w których żyli, i nie wiedzieli już, kim są naprawdę.
Kiedy na świat przyszedł mój ojciec, na chrzcie otrzymał imiona Ignacio Severino, ale w domu, z dala od oczu i uszu chrześcijan, wołano nań zgodnie z żydowską tradycją mianem jego dziadka Menachema. Od młodych lat przysposabiano go do przejęcia interesów, które wymagały, aby przemierzał najdalsze szlaki handlowe odkrytego świata. Wpajano mu wiedzę, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, lecz przede wszystkim przestrzegano, by za wszelką cenę zachowywał pozory, udając religijnego chrześcijanina, co czynił, starając się jednocześnie nie uchybiać żydowskim obyczajom. Jednak gdy dotarła doń wieść o  swobodach przyznanych Żydom w Wenecji, zapragnął zrzucić brzemię życia w kłamstwie i wyruszył na południe, aby powrócić do prawdziwego wyznania. W pierwszych latach przylgnęło doń pogardliwe miano marrana, jednakże z czasem, gdy się na nim poznano, puszczono je w niepamięć. Ponieważ urodziłam się już w getcie, historię tę znałam jedynie od innych krewnych.
John Singer Sargent, The Grand Canal, Venice (1902-1904);
źródło obrazu: www.the-athenaeum.org
Mimo że światlejsi i pobożniejsi ode mnie doszukiwali się głębszego sensu w tym, co spotykało nas i nasz naród, ja zwykłam mawiać, że jak po zmierzchu nastaje noc, po jesieni zima, po wieku dojrzałym starość, tak po dniach spokoju przychodzi zamęt. I  dodawałam jeszcze, żeśmy marną cząstką wielkiego planu, w którym smutki i radości dopełniają się, tworząc całość. Kiedy więc światem włada chaos, nie wolno tracić nadziei na odmianę, bo ta prędzej czy później nastąpi. Zgryzoty są bowiem niczym kurz, który wciska się w oczy, drażni je i oślepia, a przecież wystarczy powiew wiatru, aby go rozwiać. Zdarzenia, które opiszę dla przestrogi i nauki moich najdroższych dzieci oraz by przetrwała o nich pamięć, spadły na nasz ród tak niespodziewanie, że na długi czas zwątpiliśmy w ład świata. Ponieważ dotąd Adonai nam sprzyjał, lękaliśmy się nawet, iż utraciliśmy Jego przychylność – jak wówczas, gdy przed wiekiem moi przodkowie porzucili w pośpiechu Hiszpanię, żeby ratować życie. Będą to po części księgi radości, a po części księgi rozpaczy, bo taka jest natura człowieka i taki przeznaczono mu los na ziemi, gdzie dobro i zło są niczym rodzeni bracia. I tylko biada temu, kto nie umie rozróżnić, co dobre, a co złe. Trwał zatem rok 5357 od stworzenia świata, według kalendarza chrześcijańskiego 1597, gdy to, na co pracowaliśmy i co było nam drogie, legło w gruzach.


2
Wszystko zgodnie ze swoim czasem.
Bawa Mecyja 40

Dłonie Lei, drobne i ruchliwe, o skórze suchej i pomarszczonej niczym u przejrzałej śliwki, czyniły najprawdziwsze cuda: z cieńszego od zamszu ciasta wykrawały trójkąty, których rogi poświęcała szeptem trzem prorokom: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi. A gdy nakazała, abym rozgrzała tłuszcz, bo sama nakładała farsz – po łyżce maku z rodzynkami, figami i miodem – w moim zziębniętym ciele rozlewało się z wolna kojące ciepło, jakbym miała w sobie ogień równy temu pod kuchnią albo nawet, choć nieduże, słońce.
Bo zimą najbardziej tęskniłam do słońca, zwłaszcza w te noce, gdy w każdym domowym kącie unosiła się gorzkawa woń pleśni, a także wtedy, gdy ulice i place spływały wartkimi strugami deszczówki, mury niczym gąbka nasiąkały wodą i, porowate od kruszejącego tynku, z którego łuszczyła się farba, przepuszczały przejmujące dreszczem zimno. Bywało tak mroźnie, że wbrew temu, czego można by się spodziewać po łagodnym klimacie Italii, morze skuwał gruby lód, a wenecjanie, porzuciwszy gondole, na stały ląd docierali piechotą. I choć tegoroczna zima oszczędziła nam podobnych niespodzianek, w domach szóstego sestiere, szczególnie za wysokimi murami getta, z tęsknotą i nadzieją wyglądaliśmy wiosny.
Kiedy na skwierczącą patelnię położyłam na próbę ciastko, a potem kolejne i kolejne, buzujący ogień zdążył mnie już rozgrzać i powlec moje policzki szkarłatem. Wytarłszy więc dłonie o fartuch, którym byłam przepasana, podeszłam do okna, uchyliłam je, oparłam się na chłodnych kamieniach, i wyjrzałam. Naprzeciwko stał dom tak wysoki, że zasłaniał rozjaśniające się niebo, więc choć właśnie zaczynał się dzień, ulicę w dole zasnuwały cienie, i tylko po prawej, gdzie w zasięgu wzroku miałam placyk i ocembrowaną studnię, srebrzyło się światło. Było jeszcze cicho i pusto, bo o tak wczesnej porze getto dopiero budziło się ze snu, lecz wiedziałam, że kiedy zabrzmi spiżowy głos Marangony, dzwonu z kampanili kościoła Świętego Marka, wylegną tłumy i pospieszą do bramy, a stamtąd do chrześcijańskich kwartałów miasta.
John Singer Sargent, Dolomites, 19014;
źródło obrazu: www.the-athenaeum.org
Nagły powiew wiatru przejął mnie dreszczem. Cofnęłam się do kuchni, lecz w powietrzu, które liznęło mi twarz i szyję, wyczułam przedziwną świeżość, jakby nie było nasze, weneckie, a już na pewno nie pochodziło z getta, tylko z daleka, może od szczytów Dolomitów. Przeszło mi nawet przez myśl, że to już przedwiośnie, więc choć nie wyczuwam zapachu trawy, ani tym bardziej kwiatów, bo natura śpi jeszcze i nawet nasze dzwony są wobec tego snu bezradne, będzie cieplej i przynajmniej odrobinę jaśniej.
Moje gapiostwo zniecierpliwiło Leę. Fuknęła, że ciastka się zwęglą, zanim je zdejmę, mruknęła coś o przeciągu, łamaniu w kościach, nieprzespanej nocy i bezmyślnym wystawaniu w oknie, choć taki jeszcze ziąb, że ani psa, ani kota, ani innego drobiazgu, nawet o najgęstszym futrze, nie wygoniłaby z domu, a co dopiero człowieka. Zatrzasnęłam więc okiennice i rzuciłam się ratować ciastka, łowiąc dźwięki dochodzące z dalszych izb, z dawnej alkowy rodziców, z obszernej sieni, później tuż przy kuchni, bo z każdą chwilą zbliżały się do nas kroki, najpierw lekkie i niecierpliwe moich przybranych bratanic, za nimi wolniejsze i ociężałe Chai, ich matki.
Lea strzepnęła z rąk obłoczek mąki, po czym wyjęła chlebki pita i potrawkę z fasoli z ziołami, oliwą i czosnkiem, wszystko pachnące i ciepłe, bo kamionkowy garniec ochronił jadło przed wystygnięciem, i ustawiła na stole parujące talerze. Gdy przysunęłam Chai wygodne krzesło z oparciem, bratowa z westchnieniem wdzięczności opadła na skórzane siedzisko, miękkim gestem obejmując wzgórek brzucha, który sterczał poniżej marszczenia luźnej sukni. Pogładziła go czule dłońmi naznaczonymi jasnofioletowymi niteczkami żył, po czym w skupieniu i niespiesznie sięgnęła po łyżkę. Rzuciła jeszcze okiem na córeczki, nakazując im siedzieć prosto i zjeść wszystko do ostatniego kęsa, aż słabym i nieco ochrypłym głosem spytała o Ezrę. Może powinnam skłamać, by nie przygniatać jej brzemieniem trosk, zwłaszcza że w blasku świec skóra Chai miała barwę wosku? Wiedziałam jednak, że prawda prędzej czy później wyszłaby na jaw. Odparłam więc jak najdelikatniej, że nie wrócił na noc oraz że ani ja, ani Lea nie domyślamy się nawet, gdzie mógłby się podziewać i z kim. Dodałam też, że jako starszy brat Dawid powinien przemówić mu do rozumu albo przynajmniej poskąpić skudów, gdyby Ezra ich zażądał, jak miał w zwyczaju pod nieobecność ojca.
– Chłopak jest niczym wiatr, jakimże więc sposobem chciałabyś go okiełznać? – spytała na to Lea.
– Już zapomniałaś, że miał terminować w składzie?
– Brak ci wyrozumiałości, Hilo. Właśnie ty z racji wieku powinnaś pamiętać, że młodość ma swoje prawa. Każe spróbować tego i  owego, zanim się opamięta – łagodnie stwierdziła Chaja.
– Powiadają też, że Pan nie na darmo dał każdemu z nas aż sześć narządów – odrzekłam. – Wprawdzie ucho, nos i oko są niczym udzielni władcy i nie nam nimi rozporządzać, lecz dłonie, stopy i usta zależą od naszej woli, bo tylko dzięki rozumowi wybieramy między dobrem a złem, bożnicą a domem nierządu, przekleństwem a błogosławieństwem. Jednak Ezra nad niczym nie panuje, ma w głowie same plewy.
– Sądzisz go i napominasz, choć nie może się bronić. Jeśli głębiej wejrzysz w jego serce, przyznasz, że z niego dobry chłopiec i że wielu może jeszcze zadziwić – zaprotestowała Lea.
Aby niewinna wymiana zdań nie przerodziła się w zawziętą kłótnię, Chaja ucięła drażliwy temat, dopytując się o Dawida, czy wrócił już od chorego, bo jego również nie zastała przy stole. Byłoby to najmądrzejsze rozwiązanie, gdyby nie rozbudziło mojego niepokoju. Zaczęłam bowiem badać wzrokiem jej zaokrągloną sylwetkę i naciskać, by wyznała szczerze, czy z nią wszystko dobrze. Jak zawsze zbyła mnie uśmiechem, choć od jakiegoś czasu w podobnych okolicznościach nie dawałam posłuchu zapewnieniom, że ma się znakomicie. Zwykle dodawała też, że choć dziecko zapowiada się duże, akuszerka jest jak najlepszej myśli, a i ona sama nie kłopocze się dolegliwościami, są przecież naturalne i zna je z doświadczenia. Teraz również ujęła moją dłoń w swoje i by dodać mi otuchy, oświadczyła z mocą, że choć nie da się przewidzieć wyroków Pana, trzeba być dobrej  myśli.
– Wszystko zgodnie ze swoim czasem, kochanie, więc uzbroiłam się w  cierpliwość i  czekam – rzekła. – Wierzę jednak, że zanim zlegnę, powitam Rubena, bo śniłam o tym trzykrotnie. Stał tuż za kuchennym progiem, w płaszczu, który dla niego uszyłam, a ja wciąż pod sercem czułam naszego syna.
Wbrew intencjom słowa bratowej nie starły chmury z mojego czoła, przypomniały bowiem o tym, co od miesięcy wszystkim domownikom odbierało sen. Z nieznanego powodu wyprawa kupiecka ojca znacznie się przeciągnęła i choć obwinialiśmy niesprzyjającą aurę, a także przeciwne prądy, lękaliśmy się o los statku. Wiedzieliśmy jednak, że nie należy tracić nadziei, jako że nie po raz pierwszy galeon nie wrócił na czas. Mimo to trudno było nie roztrząsać nieustannie faktu, że nasi bliscy zamiast w konwoju chronionym majestatem Republiki wypłynęli samotnie i o nietypowej porze, bo z końcem miesiąca cheszwan, gdy sezon nawigacyjny dobiegał końca i zaczynała się pora sztormów. Nie oszukiwaliśmy się też wzajemnie, zapewniając, że galeonowi nic nie stanie na drodze, bo już na wodach Adriatyku roiło się od korsarzy, dla których adamaszki, atłasy, tafty i aksamity, a także koronki i skrzynie skropionych wonnościami rękawiczek były cennym trofeum. Jeszcze przed Stambułem i Brusą, skąd ojciec przywoził kobierce i drogocenne tkaniny, na nieostrożnych marynarzy czyhały skały Morza Jońskiego i połacie zdradliwych mielizn. Bylibyśmy więc głupcami, gdybyśmy lekceważyli niebezpieczeństwa, ślepo ufając w przychylność losu, nawet jeżeli nie tylko ta szkuta nie zawinęła do portu, bo statków, od których nie nadchodziły wieści, było więcej.
W momentach całkowitego zwątpienia dawaliśmy jednak posłuch Giacomowi Cappaniemu, wspólnikowi ojca, chrześcijaninowi i  właścicielowi galeonu oraz czwartej części zgromadzonych nań towarów. Ów Cappani z właściwym sobie spokojem zapewniał, że gdyby doszło do nieszczęścia, agenci handlowi albo nawet przygodni podróżni coś by o tym słyszeli. Uważaliśmy go za człowieka godnego zaufania i takiego, który nie rzuca słów na wiatr, trzymaliśmy się więc kurczowo tych zapewnień, tym bardziej że pomyślność interesów Cappaniego gwarantowała sukces naszych. Wprawdzie sam nie wypływał w morze, na miejscu doglądając spraw spółki, składu i transakcji, lecz strata galeonu poważnie nadszarpnęłaby jego majątek, a on jak każdy parający się handlem wenecjanin nade wszystko cenił pieniądze i dopiero po nich lojalność oraz przyjaźń. Ojciec widział w nim jednak hojność, uczciwość i wolność od wszelakich uprzedzeń, a brało się to stąd, że gdyby nie spółka i po połowie dzielone zyski, sam jako żydowski kupiec nie mógłby posiadać statku. Byłby podrzędnym handlarzem tkaninami albo nawet starzyzną.

źródło: nk.com.pl/corka-glosu-ksiega-zycia-hili-campos






[1] źródło:  Wydawnictwo Nasza Księgarnia       https://nk.com.pl/corka-glosu-ksiega-zycia-hili-campos/2506/ksiazka.html#.Wm767q7iaM8

niedziela, 24 grudnia 2017

Świątecznie

premiera 14 lutego 2018 r.
okładka z: nk.com.pl
Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi pracowicie i pewnie dlatego minęły błyskawicznie. Kończenie drugiego tomu dylogii „Księga życia Hili Campos” zajęło mi więcej czasu, niż założyłam początkowo, ale reszta – jak to przed Bożym Narodzeniem: domowe porządki, przedświąteczne zakupy, wyszukiwanie prezentów gwiazdkowych, zwyczajny o tej porze rozgardiasz.

Ale wygospodarowałam chwile na czytanie. „O kotach” Charlesa Bukowskiego to moje najświeższe odkrycie. Posłuchajcie tylko: „Dobrze mieć przy sobie kilka kotów. Kiedy źle się czujesz, wystarczy na nie spojrzeć i zaraz ci się poprawi humor, bo one wiedzą, że wszystko jest tylko takie, jakie jest. Nie ma czym się podniecać. Wiedzą to, i już”*. Cóż, jestem zagorzałą fanką Manxa i jego kocich koleżków. ;-) Dokończyłam też nareszcie „Córkę” Eleny Ferrante, bez wątpienia mojej ulubionej autorki, i dłubałam trochę w miedzi. To ostatnie jest zdumiewająco odprężającym sposobem spędzania czasu, szczerze więc polecam wire wrapping wszystkim zmęczonym i zestresowanym codziennością. Oto co zrobiłam wczoraj:

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Biżuteria z miedzi

dworek w Łucznicy
O warsztatach rękodzieła artystycznego w Stowarzyszeniu „Akademia Łucznica” marzyłam od lat. Jakoś się nie składało, czekałam więc cierpliwie na bardziej sprzyjające okoliczności. Doczekałam się w tym roku. Spędziłam kilka fascynujących dni w klimatycznym, przyjaznym miejscu, sporo się nauczyłam, poznałam ciekawych ludzi. Było to bez wątpienia inspirujące doświadczenie.

tu znajdują się pracownie
We dworze należący w dziewiętnastym wieku do rodu Potockich dziś kwitnie kultura stosowana. Z zewnątrz pobielony, w środku kolorowy gmach tętni życiem, a artystyczny rozgardiasz dodaje mu tylko uroku. Mnóstwo w nim pasjonatów rzemiosła i sztuki; zjeżdżają się ze wszystkich stron Polski, żeby poznawać tajniki ciesielstwa, tkactwa, ceramiki, witrażu, makramy, fotografii i wielu innych technik. Zajęcia odbywają się w świetnie wyposażonych pracowniach, w budynkach położonych nieopodal dworku, zawsze pod okiem znających się na rzeczy instruktorów.