piątek, 17 listopada 2017

Drzwi do przeszłości – „Etykieta japońska”

okładka książki z: www.wuj.pl
Jak wygląda japońska ceremonia parzenia herbaty? Dlaczego chorym nie daje się w Japonii kwiatów doniczkowych? Skąd wziął się zwyczaj noszenia przez Japończyków maseczek zasłaniających nos i usta? Czym różni się japoński uścisk dłoni od europejskiego? Wreszcie: jak zrozumieć, jacy naprawdę są Japończycy i z czego wynika oryginalność i egzotyka ich kultury?

„Etykieta japońska” Boyé Lafayette’a De Mente’a i Geoffa Bottinga to poradnik poświęcony typowym dla Japonii sposobom zachowywania się, tamtejszym formom towarzyskim i ceremoniałom. Wiedzie nas do świątyń i chramów, do metra i łaźni publicznych, do restauracji i na spotkania biznesowe, abyśmy – odbywając „interesującą i pouczającą podróż”[1] – poznali zwyczaje „jednego z najbardziej fascynujących społeczeństw świata”[2]. Ponieważ społeczeństwo Japonii cechuje swoiste połączenie tradycji z nowoczesnością, ale też dążenie do harmonii, rytualizacja różnych stron życia i poszanowanie natury, odkrywamy kraj postępowy, gościnny i coraz bardziej otwarty na inne kultury, jednocześnie zaś jesteśmy uczestnikami „emocjonalnej, intelektualnej i duchowej wycieczki w przeszłość”[3]. Dodam, że jednej z tych wycieczek, które zapadają w pamięć.

Najcenniejsze w „Etykiecie japońskiej” jest zręczne i przystępne przedstawienie dla nas egzotycznych, a przecież współcześnie kultywowanych obyczajów, oraz konsekwentne udowadnianie tezy, że w Japonii teraźniejszość została ukształtowana przez przeszłość. Na przykład: fascynujące, choć nieco archaiczne z naszego punktu widzenia kodeksy etyczne samurajów przyczyniły się do „wykreowania i zakorzenienia ogólnonarodowych cech charakteru, w tym kierowania się w życiu emocjami, jak i rozumem, pracy zespołowej ukierunkowanej na dobro grupy, koncentrowania się na ambitnych celach, dążenia do realizacji na pozór nierealnych wyzwań oraz tworzenia rękodzieła artystycznego nacechowanego emocjonalnym, zmysłowym przekazem, a jednocześnie mającego praktyczne zastosowanie”[4]. Co więcej, feudalna przeszłość Japonii znajduje kontynuację w formalizacji relacji towarzyskich, w trwałym przywiązaniu do tytułów i ukłonów, w manifestowaniu szacunku dla rozmówcy, w podnoszeniu do rangi sztuki wszystkiego, co ma charakter narodowy.

To uchylanie drzwi do minionych wieków prowadzi w „Etykiecie japońskiej” do stworzenia zestawu pożądanych zachowań cudzoziemca w Japonii. Jak wymieniać się wizytówkami? Dlaczego nie wolno wbijać pałeczek pionowo w ryż? Jak zapakować prezent? Gdzie wziąć kąpiel? Jak zachowywać się przy stole? Dowiadujemy się, co jest mile widziane, a na co w żadnym razie nie można sobie pozwolić, aby nie urazić czułych na konwenanse Japończyków – lub by nie naruszyć tabu.

Podróżowanie po Japonii nie byłoby zapewne łatwe bez choćby podstawowej znajomości języka. W „Etykiecie japońskiej” nie zabrakło więc porad, jak wymawiać japońskie sylaby i głoski, ani ujętych w krótki słowniczek użytecznych słów, zwrotów i terminów technologicznych. Jeśli zatem planujecie wizytę w Japonii i zależy Wam, by w oczach jej mieszkańców uchodzić za ludzi szanujących ich zwyczaje lub po prostu chcecie poszerzyć horyzonty, „Etykieta językowa” gładko przeprowadzi Was przez pierwsze spotkanie z tym krajem.

Książka należy do serii Mundus publikowanej przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.



[1] Boyé Lafayette De Mente, Geoff Botting, Etykieta japońska, tłumaczenie: Grzegorz Ciecieląg, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017, s. 8.
[2] Tamże.
[3] Tamże, s. 16.
[4] Tamże, s. 26.

sobota, 4 listopada 2017

Chcieliśmy zrobić coś pięknego – „Koń doskonały” Elizabeth Letts

źródło okładki: www.wuj.pl
Janów Podlaski, 1939 rok. „Białe stajnie (…) stadniny, założonej w 1817 roku, na kształt podkowy zamykały z trzech stron rozległy dziedziniec; środkowa nosiła nazwę stajni Zegarowej od prostokątnej wieży z zegarem pośrodku budynku”[1]. W boksach szlachetne konie arabskie o imionach tak tajemniczych i eleganckich jak nazwy gwiazdozbiorów: gniady Witeź z białą gwiazdką na szerokim czole, Wielki Szlem, Witraż, Federacja, Najada, Lotnik… Ich dramatyczne, niezwykle wzruszające wojenne losy Elizabeth Letts, amerykańska pisarka i wielka admiratorka koni, odtworzyła w reportażu historycznym „Koń doskonały. Ratując czempiony z rąk nazistów”. Dzięki wspomnieniom, pamiętnikom i listom ludzi, którzy podczas drugiej wojny światowej walczyli o ich przetrwanie, stworzyła porywającą opowieść o wojennej odysei janowskich arabów i wiedeńskich lipicanów, a także o niemal mistycznej więzi między człowiekiem a jego koniem. Więzi ujętej najdoskonalej w przysłowiu: „Dobry jeździec może usłyszeć mowę swojego rumaka, a wielki jeździec potrafi usłyszeć jego szept”[2].

Araby z Janowa Podlaskiego - współcześnie

Elizabeth Letts nie boi się patosu. Pisząc o arabach z Janowa Podlaskiego i lipicanach z Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w Wiedniu nie stroni od wielkich słów dla podkreślenia wyjątkowości wierzchowców. Każdy ma udokumentowany rodowód, fascynującą biografię, rzadkie i cenne cechy, wśród których odwaga i lojalność wobec ludzkich opiekunów powtarzają się najczęściej. Byłoby to może nieco przesadzone, gdyby nie tocząca się w tle wojna. Witraż i Wielki Szlem cudem uchodzą z bombardowania Drezna. Witeź, nazywany przez autorkę „polskim księciem”, wywieziony przez nazistów z okupowanej Polski do najlepiej strzeżonej stadniny Trzeciej Rzeszy w Hostau, został uratowany przez amerykańskich żołnierzy 2. Pułku Kawalerii przed nadciągającą Armią Czerwoną, która ze zdobycznymi końmi czystej krwi obchodziła się po barbarzyńsku. Federacja, siwa klacz z plamą rudawej sierści, zaginęła podczas ewakuacji janowskiej stadniny we wrześniu 1939 roku. Wstrząsające, budzące protest czytelnika fakty o wojennych losach koni rasowych i tych zwyczajnych, „zaprzęgniętych do wozów artyleryjskich”, „ciągnących ciężkie fury”, „z dziurami od kul”[3], uświadamiają oczywistą, choć może lekceważoną prawdę, że „konie zasługują na to, by je zawsze dobrze traktować”[4].

poniedziałek, 23 października 2017

Domy ze słomy, domy z cegły – „Ślady wilka” Rolanda Schimmelpfenniga

źródło okładki: www.wuj.pl
„Wilki żyją w stadach, ale niektóre zwierzęta muszą czasem opuścić stado, a wtedy wędrują, żeby znaleźć sobie nowe stado, i tak mogą pokonywać duże odległości (…)[1]. Tymczasem ludzie współtworzą społeczności, a gdy te rozpadają się i niszczeją, człowiek – skazany na lęk – traci poczucie sensu istnienia. A choć pragnie odmiany, paraliżuje go głębokie przekonanie, że nic już nie da się zmienić. Co gorsza, wolność wydaje się mu przebrzmiałą ideą w świecie z góry określonych dróg, nie wolno bowiem „wybrać innej niż w szablonie, tak jak w kanale, albo kiedy się idzie wzdłuż szczelin między płytkami i można skręcić tylko wtedy, gdy się dojdzie do końca jednej i zaczyna się druga”[2].

W powieści „Ślady wilka” Rolanda Schimmelpfenniga człowiek wielokrotnie przegląda się w wilczych ślepiach i są to konfrontacje brzemienne w skutki, mimo że trwają krótko, a niekiedy przypominają marzenie albo sen śniony na jawie. Śledzone przez media i łowców sensacji wychudzone zwierzę, żywiąc się odpadkami wyplutymi przez cywilizację, z wolna, lecz konsekwentnie zmierza od lasów Brandenburgii ku Berlinowi, od prowincji gdzieś przy granicy z Polską ku bezdusznej aglomeracji z betonu. A gdy przekracza jej granicę, staje się elektryzującą legendą miejską, kusząc osamotnionych, skazanych na nijakość, szpetotę, poczucie klęski i niespełnienia berlińczyków.

niedziela, 7 maja 2017

Księgi sekretów

Hortus Sanitatis, wydanie z roku 1497;
źródło: bildsuche.digitale-sammlungen.de
Księgi pełne sekretnej wiedzy od czasów starożytnych cieszyły się ogromnym powodzeniem, obiecywały bowiem szybkie zdobycie zdrowia, sławy i miłości. Nie ma to przecież jak poradniki o tym, jak niewiele robiąc, zapewnić sobie szczęście, najlepiej dzięki powszechnie dostępnym ziołom, zwierzętom (ze szczególnym uwzględnieniem ptactwa), owadom,  kamieniom. Wiara w możliwość przewidywania przyszłości, w tajemne prawa naturalne, w nieznane zwykłym ludziom właściwości naturaliów ponoć dziś przeżywa renesans; ja jestem sceptyczką, ale z drugiej strony w starych recepturach znajduję wymowne świadectwo czasów, gdy boleśnie odczuwano brak lekarzy albo gdy im nie ufano, o czym opowiada ówczesna literatura atakująca niekompetencję medyków lub ich chciwość. Nic dziwnego, że ratunku szukano w herbariach, kalendarzach oraz w wątpliwej jakości encyklopediach. Księgi te traktuję też jako przebogate źródło wiedzy o mentalności ludzi sprzed wieków i myślę, jak tę wiedzę wykorzystać w pisanej właśnie książce. A oto przykłady recept; pochodzą z drugiego wieku naszej ery, z kompilacji tekstów kilku anonimowych greckich autorów noszącej tytuł „Kyranides. O magicznych właściwościach roślin, zwierząt i kamieni”. Sporo w nich fantazji, czasem budzącej grozę makabry, ale w gruncie rzeczy są fascynujące.

piątek, 14 kwietnia 2017

Świętujmy!

źródło: www.pinterest.com
Najpierw Niedziela Palmowa, „przebierańcy, usmoleni sadzą koniarze, biegający od chaty do chaty w wywróconych na nice kożuchach i wysokich czapkach z papieru. Stukotem drewnianych młotków stawiali domowników na nogi, więc wpuszczano ich do izb, gdzie domagając się fantów, pletli trzy po trzy. Rejwach był z tego nie lada”[1].

Potem Wielki Piątek i Wielka Sobota, kiedy to „Kraków witał święta dostojnym biciem dzwonów, (…) celebrowano Wielkanoc kwestami, uroczystymi sumami, rezurekcją, święceniem wody i ognia, pielgrzymkami do grobów bożych oraz procesjami, z których najznaczniejsza odbywała się wieczorem na dziedzińcu zamku na Wawelu z asystą honorowego batalionu cesarsko-królewskiej piechoty”[2].

niedziela, 9 kwietnia 2017

Krótka historia tulipanowego szaleństwa

Jan Davidszoon de Heem, Waza z kwiatami, 1660 r.;
źródło obrazu: en.wikipedia.org
Tulipan „wyraża elegancję i wytworną zadumę”[1], jak czytamy w zbiorze „Martwa natura z wędzidłem” Zbigniewa Herberta. Współczesne tulipany urzekają bogactwem kształtów i barw kwiatów, i chyba trudno zdecydować, którym przyznać palmę pierwszeństwa. Tym o intensywnie czerwonych płatkach i czarnym dnie z żółtą obwódką (odmiana Apeldoorn wyhodowana w 1951 roku[2])? Albo eleganckim i wysmukłym, z bordowymi płatkami obwiedzionymi jasnożółtym pasmem przypominającym połyskliwą, grubą jak aksamit wstążkę (odmiana Gavota, wyhodowana w 1995 roku)? Ja wolę kwiaty ciemne, harmonizujące z zielenią liści, i pewnie dlatego zachwycam się Negritą (wyhod. w 1970 r.), purpurowym tulipanem o niebieskim dnie kwiatowym. Ale kwiaty wielobarwne, cieniowane lub z delikatnymi domieszkami kolorów też mają wiele uroku, jak choćby tulipany Rembrandta, których niepowtarzalne ubarwienie przywodzi na myśl plamy malarskie, a jest skutkiem działania wirusa przenoszonego przez mszyce. Jednak tulipany nie budzą dziś takich namiętności jak w siedemnastym wieku, kiedy „rozpętały zbiorowe i nieokiełznane namiętności”[3], rodzaj zbiorowej gorączki, manii połączonej z kultem, wreszcie szaleństwa.