"Niepokorne. Eliza"

źródło: http://nk.com.pl
Miłość i przyjaźń w scenerii Krakowa fin de siècle’u - fragment powieści "Niepokorne. Eliza", pierwszego tomu cyklu (Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2014).



W sylwestrowe popołudnie przez wąskie okno pokoju na Gołębiej Judyta przyglądała się oszronionym drzewom, lazurowemu niebu z czarnymi przecinkami przelatującego ptactwa, ośnieżonym dachom, nad którymi górowały iglice kościelnych wież – i nabrała ochoty na dobrą, aromatyczną kawę. W kawiarni na dole serwowano wyśmienitą i dość tanią, a jednak dla niej była zbyt dużym wydatkiem. Fakt ten mimo wszystko nie popsuł jej nastroju. Po raz tysięczny popatrzyła na łóżko i na rozłożone na nim dwie suknie, odpowiednie na wieczór u Maurycego. W końcu wybrała tę z mięciutkiej wełenki, o wstawkach z grubej, gładkiej koronki. Pasowała do purpurowo-czarnego batikowego szala i stylowych kolczyków babci Sary.
źródło: Die Bombe, 1895/1896
http://anno.onb.ac.at/
Miasto również szykowało się do hucznego witania Nowego Roku. Idącą samotnie Judytę mijały pobrzękujące dzwoneczkami sanie oraz dorożki i fiakry z rozhuśtanymi światełkami latarenek. Trzymał siarczysty mróz, a usiany gwiazdami nieboskłon zdawał się dotykać dachów.
Atelier Maurycego mieściło się niedaleko ogrodu botanicznego, na parterze dwupiętrowej kamienicy w dawnej pracowni fotograficznej. Judyta znalazła właściwe drzwi, a ponieważ nikt nie zareagował na jej pukanie, weszła do środka i z wahaniem przystanęła w progu.
Zaskoczył ją gęsty, dławiący dym tanich papierosów i gwar ożywionych dyskusji. Wibrujący kobiecy śmiech współbrzmiał z brzękiem szkła, zapach perfum i tytoniu górował nad ledwo wyczuwalną wonią farb i terpentyny. Iluminowane świecami i lampami pomieszczenie zdawało się pękać w szwach. Było dość duże, ale łączyło funkcję pracowni i sypialni, gdyż oprócz typowo malarskich akcesoriów stały w nim łóżko i wysoka garderoba, kuchenny stół oraz krzesła.
Dźwięki podnieconych rozmów przybierały na sile, zlewały się w szum, z którego wychwytywała zaledwie pojedyncze frazy. Francuscy symboliści, konkursy malarskie Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, bicykle automatyczne i elektryczne faetony, wyższość absyntu nad koniakiem (lub odwrotnie)… Ktoś deklamował Tetmajera, brzdąkając leniwie na pianinie. Tu i ówdzie rozlegały się spontaniczne, ale niezbyt głośne oklaski.
źródło: Die Bombe, 1895/1896
http://anno.onb.ac.at/
Zdjęła płaszcz i kapelusz, po czym zaczęła wypatrywać Klary. Dostrzegła ją zanurzoną w fotelu obitym aksamitem, otoczoną wianuszkiem kobiet i mężczyzn.
– A jednak pani przyszła! – usłyszała głos.
To był Maurycy.
– Obejrzałam w Sukiennicach pana obrazy – odparła żartobliwie. – Przyznaję, że wciąż jestem pod wrażeniem i nabrałam ochoty na więcej.
– I dobrze, bo i tak zamierzałem je pani pokazać. – Podał jej pełny kieliszek. – Proszę spróbować. To najlepszy gatunek, nalewka od Maurizia…
Zwilżyła usta. Słodko-cierpki smak skojarzyła po namyśle z wiśniami i miętą. Kiwnęła głową w stronę gości.
– To malarze?
– Nie tylko. O, na przykład Klara spiera się właśnie z Kaziem Janowskim, studentem medycyny. A w głębi, przy stole siedzi jego narzeczona, studentka farmacji. Mieszane towarzystwo, jak pani widzi. Klara jest dziś w bojowym nastroju. Zaraz pani zobaczy.
Podeszli do fotela. Klara miała rozognione policzki, jej rozedrgane nozdrza świadczyły o głębokim wzburzeniu.
– Dzisiejsze sposoby wychowywania dziewcząt zakrawają na absurd! – mówiła. – Powinny ślęczeć nad książkami! Mieć dostęp do szkół i uniwersytetów! Tymczasem niczym papugi uczone są paplania w obcych językach, figur kontredansa i tego, jak najmodniej ufryzować loczki.
– Gadanie! Przecież wam brak wrodzonych zdolności przywódczych – odparował Kazio Janowski. – Takie jesteście emocjonalne, że działacie pod wpływem chwili, a to wszystko wina nadpobudliwości. Coś z waszymi ośrodkami nerwowymi jest nie tak. Medycyna tłumaczy to…
źródło: Die Bombe, 1895/1896
http://anno.onb.ac.at/
– Daj spokój z tą twoją medycyną! Znam na pamięć te pseudonaukowe brednie: że kobieta to zatrzymany w rozwoju mężczyzna, że nie wolno jej odrywać od rodzinnych obowiązków, bo ucierpi na tym święte ognisko domowe. Albo że z niej anioł, szatan, ideał, bogini i cholera wie co jeszcze, byle nie człowiek! Zmiany są konieczne, społecznie uzasadnione! Popatrz na Lilkę. Jest mądra, oczytana, inteligentna – i studiuje! Żywy dowód na to, że kobieta dorównuje zdolnościami mężczyźnie.
– Ciekawe – wtrącił z uśmiechem Maurycy. – Dlaczego w takim razie w świecie natury przywódcą stada jest zawsze samiec?
Klara wbiła w brata rozeźlone spojrzenie.
– I ty przeciwko mnie?! Nie mówiłbyś takich nonsensów przy Judycie. Pomyśli, że masz poglądy typowe dla samca. Z ery kamienia łupanego.
– Panna Judyta nie nosi sukien reformowanych ani krawata, więc może mieć w tej kwestii inne zdanie niż ty.
– Suknie reformowane! – podchwycił Kazio Janowski. – Cudowny wynalazek fin de siècle’u! Nie macie pojęcia, jak gorsety szkodzą zdrowiu. W tej materii opowiadam się za zmianami. A pani? – zwrócił się do Judyty. – Jest pani zwolenniczką ruchu wyzwolenia kobiet?
źródło: Die Bombe, 1895/1896
http://anno.onb.ac.at/
– W moim przypadku sprawa jest dużo bardziej skomplikowana – odparła. – W społeczności, z której się wywodzę, od tysięcy lat tradycja narzuca kobietom jedyny dopuszczalny model życia. Żydowska kobieta łamie obyczaj, gdy chodzi z odkrytą głową, bez powodu spaceruje po ulicy, rozmawia z obcymi mężczyznami. Jej udział w życiu synagogalnym ogranicza się do modlitw na galerii albo za specjalnym przepierzeniem. Właściwie nie ma żadnych praw.
– Ale znane są przypadki Żydówek zarabiających na chleb pracą własnych rąk – powiedział Kazio.
– Moim zdaniem zawsze stanowią wyjątek, który potwierdza regułę. Najważniejszym obowiązkiem żydowskiej kobiety jest zamążpójście, rzecz jasna po myśli rodziny.
– Żeby tylko żydowskiej kobiety! – wtrąciła Klara. – Gdyby porozmawiać z moim papą, usłyszelibyśmy to samo.
– Co byśmy usłyszeli?
Pytanie zadała dziewczyna w żakiecie o męskim kroju i w szerokim krawacie, która wcześniej siedziała przy stole z innymi gośćmi.
– Jak jest anachroniczny z tym swoim przywiązaniem do patriarchatu.
– Ach, to! Za to ja nasłuchałam się o kinematografie. Olo był na pokazie w Wiedniu i teraz tłumaczy zasadę działania tego cuda. Niewiele zrozumiałam z jego wywodu. Zdaje się, że wykorzystuje… chrono…?
– Lila, kochanie – odezwał się Kazio z czułym ubolewaniem. – Chronofotografię. Pozwala zrobić kilkadziesiąt zdjęć na sekundę. Rozkłada ruch na pojedyncze fazy.
– No właśnie.
Judycie dziwnie szumiało w głowie. Miała nogi jak z waty, a przecież wypiła zaledwie dwa kieliszki nalewki. Nalewki najlepszego gatunku, bo od Maurizia. Zapragnęła zaczerpnąć świeżego powietrza, ale wyjście na podwórze graniczyłoby z szaleństwem. Raptem zachwiała się i aby nie upaść, chwyciła ramię Maurycego. Spojrzał na jej powleczoną ciemnym rumieńcem twarz i zbyt błyszczące oczy.
– Napije się pani kawy?
Objął ją i lawirując między gośćmi, poprowadził do drugiego pomieszczenia. Wywierało klaustrofobiczne wrażenie, bo nie miało ani jednego okna.
– Niech się pani rozgości.
Na stoliku połyskiwał okazały samowar, w niewysokiej przeszklonej szafce stały w szeregach czyste szklanki. Maurycy przygotowywał kawę, a Judyta z ulgą opadła na wyjątkowo wygodny fotel i opatuliła się szalem.
– Kręci mi się w głowie – wyznała.
– Co pani piła?
– Nalewkę.
– I co jeszcze?
– Nic poza tym. Dwa kieliszki. Zazwyczaj nie piję…
Podał jej szklankę. Ciemny jak heban płyn parował w chłodno-wilgotnym powietrzu.
– Postawi panią na nogi.
Wyjął spod stolika taboret i usiadł obok fotela, twarzą do Judyty.
– Słyszałam o franciszkanach – powiedziała. – To przykre, że nie dali wam dokończyć projektu.
– Już to przebolałem.
– Nad czym pan teraz pracuje?
– Maluję portrety, na zamówienie. Robię ilustracje dla „Tygodnika Ilustrowanego”. Oby nie było gorzej.
– „My, którym na chleb braknie suchy…” – szepnęła z ustami przy szklance.
źródło: Die Bombe, 1895/1896
http://anno.onb.ac.at/
– Słyszałem, że zdradziła pani urszulanki. Jak to zniosły?
– Obyło się bez scen. Matka przełożona zbierała siły, żeby mnie nawrócić. Uznałam, że pora się usamodzielnić.
– Jakbym słyszał Klarę.
– Moja samodzielność będzie totalna. Na razie głównie maluję. Farbuję tkaniny. Szukam…
Maurycy przesunął palcami po fakturze szala.
– To pani dzieło? – spytał.
– Batik. Niezwykła technika. I dużo bardziej praktyczna od tradycyjnego malarstwa.
– Oryginalna. Warto popytać w pracowniach krawieckich, w magazynach z damską konfekcją. Może coś pani sprzeda.
Dłoń Maurycego chwilę błądziła po jej ramieniu. Musnęła szyję, uniesiony podbródek, kość policzkową. Skóra Judyty mrowiła przyjemnie, reagując na tę zaskakującą pieszczotę.
– Jestem pijana… – mruknęła.
– Wiem.
Gdyby nie wiśniowa nalewka, nie pozwoliłaby mu na to. Na pocałunki, leniwe i niespieszne, spojrzenia spod na wpół przymkniętych powiek. Znów miała zawroty głowy, a mimo to otoczyła go ramionami i uniosła się całym ciałem ku niemu. Oddech Judyty przyspieszył, gdy usta Maurycego przesuwały się z jej ucha na szyję.
– Ktoś… może wejść – zaprotestowała bez przekonania.
Nie słuchał jej, więc odsunęła się pierwsza, oparła plecami o wezgłowie fotela. Położył obie ręce na jej dłoniach, które spoczywały swobodnie na kolanach.
– Twoja skóra ma barwę cynamonu – powiedział. – A w półmroku wydaje się o ton ciemniejsza.

– Zatem nie pasuje do twojej.



Seria "Niepokorne" w oczach Przyjaciół
autorka filmu i zdjęć - Barbara Hansen








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi miło, drogi Czytelniku, gdy podzielisz się refleksjami o moich tekstach. :-)