Autor
powinien żywić do bohaterów swoich powieści choćby odrobinę sympatii, bo przecież
przestaje z nimi miesiącami, poświęcając im często więcej uwagi niż realnym
ludziom. Mnie nie przychodzi to łatwo i zazwyczaj na taką sympatię pozwalam sobie
dopiero po ukazaniu się książki. Myślę wtedy, że nic już nie da się poprawić,
wyszło co wyszło, klamka zapadła, więc pora zaakceptować mniej lub bardziej
udane portrety wymyślonych przeze mnie postaci.
 |
Anna Bilińska "Portret własny", zdjęcie z: artyzm.com |
Inaczej
było z Judytą Schraiberówną. Ją lubiłam od początku, czyli od momentu, gdy
obmyślałam jej wątek. Miała być artystką i Żydówką, pełną pasji marzycielką,
buntowniczką zrywającą z domem rodzinnym, lecz nie z tradycją, w której ją
wychowano. Pamiętam, że czytałam wtedy sporo o dziewiętnastowiecznych malarkach
polskich, bo szukałam faktów, z których dałoby się ulepić przynajmniej w jakimś
stopniu wiarygodną biografię Judyty; zaczęłam od Anny Bilińskiej, o której
wcześniej nie słyszałam, potem była oczywiście Olga Boznańska, na koniec –
Zofia Stryjeńska. Mimo że ostatecznie Judyta ma własną opowieść, a jej losy nie
przypominają biografii wspomnianych malarek, to przecież wszystkie je łączy
pragnienie tworzenia i determinacja w dążeniu do spełnienia marzeń.