sobota, 23 kwietnia 2016

Tabaką w oczy

Stanisław Masłowski, "Wiosna roku 1905", 1906 r.;
obraz z: pl.wikipedia.org
Jak zwyciężać, gdy w starciu z przeważającą siłą otwarta walka nie gwarantuje sukcesu? Początek XX wieku dowodzi imponującej pomysłowości Polaków w tej kwestii. Można by nawet stwierdzić, że w konfrontacjach z zaborcami celowaliśmy w stosowaniu terrorystycznych metod. Od lutego do połowy października 1905 roku specjalizowali się w nich członkowie Organizacji Spiskowo-Bojowej, a później – Organizacji Bojowej PPS, z Józefem Piłsudskim na czele. Obie formacje tworzyli mężczyźni, choć nie tylko, gdyż okazało się, że w niektórych sytuacjach niezastąpione są kobiety.

rewolucja 1905 r.;
zdjęcie z: http://muzeum-niepodleglosci.pl/
Metody te były zaskakująco różne. „Rewolucjoniści byli zaopatrzeni (…) w supertajną broń, jaką była… tabaka, którą należało według instrukcji zasypać policjantom oczy, by w ten sposób obronić się przed nimi”[1], lecz najskuteczniejsza, co oczywiste, była broń palna. Zdobywano ją, okradając prywatne sklepy rusznikarskie, rozbrajając rosyjskich żołnierzy, skupując na czarnym rynku, produkując we własnym zakresie lub szmuglując przez granicę z zaboru austriackiego.

Józef Piłsudski na Syberii;
zdjęcie z: culture.pl
Właśnie w przemyt angażowały się kobiety. Broń sprowadzano między innymi z Wielkiej Brytanii, Belgii i z Wiednia, gdzie za ekspozyturę odpowiadał Zygmunt Klemensiewicz, mąż Jadwigi Sikorskiej, jednej z trzech pierwszych hospitantek na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ładunek trafiał do nielegalnych magazynów w Krakowie, mieszczących się często w zwyczajnych sklepach żelaznych, a stamtąd szlakami przerzutowymi dostarczano go na ziemie pod zaborem rosyjskim. „Ważna (…) była brawura, spryt, szczęście, a przede wszystkim powszechna w Rosji korupcja. Każda sprawa była możliwa do załatwienia, wymagała jedynie pewnej ustalonej w cenniku sumy”[2]załatwiano więc i to. Mimo częstych kontroli w pociągach oraz na zielonej granicy broń szczęśliwie docierała do Warszawy, gdzie przejmowały ją kobiety. To one odpowiadały za magazynowanie ładunku oraz za jego transport na miejsca organizowanych przez OB-S akcji zbrojnych. Zajmowała się tym na przykład Aleksandra Szczerbińska, druga żona Józefa Piłsudskiego.

Granica; dworzec kolejowy;
źródło: dzieje.pl 
Kobiety przemycające broń nazywano dromaderkami. „Bywało, że ze szlacheckim rodowodem i dobrym wychowaniem – przenosiły z reguły na sobie niebezpieczne ładunki. Szyły sobie specjalne, szerokie pasy, którymi się obwiązywały i do których wkładały broń i amunicję, a zdarzało się, że i dynamit”[3]. Prowokowało to wiele niebezpiecznych sytuacji, o czym rewelacyjnie opowiedziała we wspomnieniach Szczerbińska, podkreślając, że za wywrotową działalność groziła katorga lub śmierć.

ulica Aleksandra Fredry w Warszawie, początek XX wieku;
źródło: pl.wikipedia.org
Członkowie formacji OB-S sami produkowali bomby. Jak wspominał po latach generał Mieczysław Dąbkowski, jego laboratorium znajdowało się w mieszkaniu matki w Warszawie, na wprost cyrkułu policyjnego[4]. Jak wyglądała wyprodukowana w chałupniczych warunkach bomba? Choćby tak: „miała kształt książki; wkładało się do niej prostopadle do siebie dwa zapały. Zapał zaś składał się z rurki szklanej z obciążnikiem, który przy upadku bomby rozbijał rurkę i powodował zapłon spłonki, ta zaś zapłon ładunku dodatkowego”[5]. Mimo że brzmi to niewinnie, często dochodziło do nieszczęśliwych wypadków i zanim bomba trafiła na miejsce zamachu, raniła lub zabijała konstruktora.

Bazą szkoleniową dla formacji bojowych stał się Kraków. Ponieważ władze austriackie świadomie przymykały na to oko, tylko od czasu do czasu likwidując nielegalne magazyny broni, organizowano tu kursy instruktorskie szkolące do bezpośredniej walki z rosyjskim zaborcą, między innymi w domu profesora Odona Bujwida. Bujwid poznał Piłsudskiego, gdy ten chorował na gruźlicę, której nabawił się w rosyjskim więzieniu. Na prośbę Marii Piłsudskiej zajmował się leczeniem jej męża[6].

wzmożone patrole wojsk carskich na ulicach Warszawy w 1905 r.;
źródło: http://muzeum-niepodleglosci.pl/
Działania Organizacji Spiskowo-Bojowej trwały do jesieni 1905 roku, a więc do chwili, gdy "nasiliła się inwigilacja carskiej Ochrany”[7], lecz wkrótce podjęła je Organizacja Bojowa. Nadal produkowano i szmuglowano broń, korzystając z utartych wcześniej szlaków, na przykład przez rzekę Przemszę. Doszło też do zamachów, które z czasem stały się legendą, jak na warszawskiego generała-gubernatora Skałona. Aby wywieść w pole jego obstawę, „ułożono kunsztowny plan. Jeden ze spiskowców, ubrany w mundur oficera rosyjskiego, obraził konsula niemieckiego w ten sposób, że władze niemieckie musiały ująć się za nim. Poczyniono odpowiednie kroki w Petersburgu, gdzie postanowiono, aby Skałon osobiście pojechał do konsulatu i przeprosił konsula za to, co się stało wbrew jego woli i wiedzy władz rosyjskich”[8]. Obok konsulatu spiskowcy wynajęli mieszkanie; doszło do zamachu, lecz Skałon przeżył. Kiedy potem aresztowano jedną z trzech kobiet zaangażowanych w przygotowanie i przebieg przedsięwzięcia, skazano ją najpierw na śmierć. Ułaskawieniu towarzyszyły słowa: „Rzucać bomby (…) należy tylko rękami kobiet”[9]. Mimo ich ironicznego wydźwięku rzucały je jeszcze wielokrotnie i znacznie skuteczniej.

/więcej o działalności dromaderek w powieści „Niepokorne. Judyta”/






[1] Waldemar Potkański, Terroryzm na usługach ugrupowań lewicowych i anarchistycznych w Królestwie Polskim do 1914 roku, Warszawa 2014, s. 265.
[2] Waldemar Potkański, Terroryzm…, s. 268.
[3] Waldemar Potkański, Terroryzm…, s. 272.
[4] Konrad Wrzos, O Piłsudskim i piłsudczykach, Dziekanów Leśny, s. 128.
[5] Konrad Wrzos, O Piłsudskim..., s. 102.
[6] Odo Bujwid,  Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932-1942, Kraków 1990, s. 101.
[7] Waldemar Potkański, Terroryzm…, s. 208.
[8] Konrad Wrzos, O Piłsudskim…, s. 143.
[9] Konrad Wrzos, O Piłsudskim…, s. 145.

14 komentarzy:

  1. Przypuszczam, iż w instrukcji podano też kierunek "wyrzutu" takowej tabaki podczas wiatru, aby bohaterski rewolucjonista sam nie stał się ofiarą :-)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oraz procedury postępowania, gdyby jednak nos go zawiódł, bo wiatr wiałby w innym kierunku, niż sądził. ;-)

      Usuń
  2. Bardzo ciekawie dzialo sie pod tymi zaborami, z niecierpliwoscia czekam na Judyte, juz nawet mam w koszyku , tylko czekac az bedzie dostepna:) Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło. :-) Gorąco pozdrawiam. :-)

      Usuń
  3. Bomby książki!! Kto by pomyślał, co za pomysłowość.
    Zachwyca heroiczna postawa kobiet.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potrzeba jest matką wynalazku. :-) Pozdrawiam! :-)

      Usuń
  4. Ciekawy wpis. Niech wychodzi ta ,,Judyta" jak najprędzej, bo już jestem w połowie ,,Klary" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) "Judyta" wkrótce. Życzę ciekawej lektury. :-)

      Usuń
  5. Ciekawie, teraz w obcislych leginsach niewiele by ukryly ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, moda nie sprzyjałaby dziś anarchistkom i rewolucjonistkom. :-)

      Usuń
    2. Zawsze pozostają klasycznie bezdenne kobiece torebki. ;-)

      Usuń
    3. Ale jak w bezdennej torebce cokolwiek szybko znaleźć? ;-)

      Usuń
  6. To ciekawe. Ten wydźwięk i waga, dyshonor i pewien wstyd, przy nazywaniu Piłsudskiego "terrorystą", a OS-B "organizacją terrorystyczną". Pamiętam zgrozę i burzenie na twarzach polonistek i nauczycielek historii, gdy uczniem będąc nazywałem Piłsudskiego terrorystą. Czekałem, czy ktoś mi wytłumaczy czym się ówczesne zamachy bombowe różnią od tych organizowanych przez ETA, czy IRA (o terroryzmie fundamentalistów islamskich nikt wtedy nawet nie mówił). Ale odpowiedzią było takie westchnienie kończone na frazę "no przecież...!" I w ten sposób nauczyłem się o hipokryzji nauczania szkolnego i o moralności Kalego jako fundamencie tzw. "polityki historycznej". A przecież w ten sposób grzebiemy całe pokolenie bohaterów wartościowych i pod względem historycznym i fabularnym. Cieszę się, że się Pani tym tematem zajęła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To rodzaj narodowej mitologii i nasza skłonność do wybielania, prostowania, wygładzania. Zawsze w podobnych przypadkach przypominam sobie scenę z "Potopu" Sienkiewicza, kiedy Andrzej Kmicic z oddziałem pacyfikuje pruskich chłopów. Napadają na śpiących, nocą, mordują ich bez wyjątku i litości, a Kmicic siedzi w tym czasie na koniu i odmawia różaniec, i złość go bierze, że chłopi krzykami przeszkadzają mu w modlitwie. Bo przecież w słusznej sprawie giną, są protestantami i Niemcami. Zabawne, że ta scena nie jest napisana z ironią czy choćby odrobiną krytyki. To samo dotyczy Piłsudskiego. I nie tylko.

      Usuń

Będzie mi miło, drogi Czytelniku, gdy podzielisz się refleksjami o moich tekstach. :-)