poniedziałek, 3 września 2018

Morze Trzcin

źródło okładki: nk.com.pl
„Morze Trzcin”, drugi tom dylogii „Księga życia Hili Campos”, ukaże się 19 września. Tym razem akcja przenosi się do Zamościa. Dla tych, którzy czekają na tę premierę, przygotowałam niespodziankę – fragment szóstego rozdziału. Znajdziecie go również tu: fragment Wyd. Nasza Księgarnia

Mamy zatem rok 1602…







Nad Zamościem istotnie czuwała jakaś miłosierna siła. Wraz z nastaniem mrozów czarna śmierć opuściła najpierw miasto, potem przedmieścia, choć na odchodnym zebrała ostatnie żniwo. Ci, którzy schronili się przed morem na prowincji, teraz z ulgą, ale i ze strachem o los bliskich wracali do porzuconych domostw. Ci zaś, którzy jak my, nie bacząc na zagrożenie życia, zostali w mieście, jawnie dawali wyraz szczęściu i dziękowali Bogu. A każdy po swojemu i jak go nauczono: chrześcijanie w kolegiacie lub u franciszkanów, Ormianie w swoim drewnianym kościołku, my w synagodze.
Ponieważ z nastaniem zimy co słabszych prześladowały kaszel i gorączka, Dawida próżno by szukać w domu, bo od świtu pomagał chorym. Tymczasem Szikma przeniosła się do kuchni na parterze za kantorem, przy wielkiej izbie z oknami od strony dziedzińczyka. Kazała parobkowi znieść skrzynię z ziołami i odtąd warzyła nalewki, ucierała maści, mieszała mikstury.

niedziela, 18 marca 2018

W pracowni alchemika - batik

okładka z: nk.com.pl

Pamiętacie batiki Judyty Schraiber, bohaterki „Niepokornych”? Między fikcją literacką a prawdą istnieje granica, często niedostrzegalna, ale oczywista. Dopiero w tym roku miałam okazję sprawdzić, na czym polega batikowanie z prawdziwego zdarzenia. A choć gdy pisałam o batikach Judyty, korzystałam z fachowych źródeł, teraz – mądrzejsza o wiedzę praktyczną – mogę powiedzieć, że to fascynująca technika.



Jeśli chcecie poznać tajniki batikowania, wybierzcie się na kursy Stowarzyszenia „Akademia Łucznica”. Dowiecie się w tamtejszej pracowni batiku, jak barwić tkaniny, topić wosk i parafinę, posługiwać się pędzlem, pisakiem do wosku, jak następnie ten wosk ściągać i jak zadbać, żeby batikowy obraz przetrwał dekady. Moją instruktorką była pani Helena Szuba, artystka zajmująca się batikiem od lat osiemdziesiątych XX wieku. Jej batiki są niezrównane: wielobarwne, precyzyjne, energetyczne, po prostu znakomite. Zresztą obejrzyjcie film.

sobota, 3 marca 2018

Sefardyjski księżyc - jeszcze o "Córce głosu"

okładka z: nk.com.pl

Kiedy po raz pierwszy wchodziłam do Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN (byłam tam potem kilkadziesiąt razy), nie podejrzewałam, że moje zetknięcie z kulturą Sefardyjczyków zaowocuje powieścią. Pamiętam, że gmach wywarł na mnie wrażenie. Zwłaszcza to, jak rozmieszczono galerie stałe: trzeba do nich zejść po schodach – trochę tak, jakby schodziło się pod ziemię. A przecież pierwszy jest LAS i bez wątpienia najpierw to on podziałał na moją wyobraźnię. Choć więc kończyłam ostatni tom cyklu „Niepokorne”, już zaczęłam obmyślać nową historię.

W Muzeum POLIN największy nacisk kładzie się na historię Aszkenazyjczyków. Jednak mnie udało się wyłowić wzmianki o Sefardyjczykach, o ich obecności w Krakowie, we Lwowie i przede wszystkim w Zamościu, gdzie na przełomie XVI i XVII wieku znajdowało się ich największe skupisko na ziemiach polskich. Nie bez znaczenia był tu fakt, że w 1588 roku kanclerz Jan Zamoyski wydał przywilej przyznający Sefardyjczykom niezwykłe jak na tamte czasy prawa: wolność wyznania, prawo do zbudowania synagogi i cmentarza, do stawiania i kupowania domów, do swobodnego handlu i parania się rzemiosłem niemal bez ograniczeń. Aby zagwarantować Sefardyjczykom sprawiedliwy sąd w sporach z mieszczanami, Zamoyski wziął ich pod swoją jurysdykcją. Dlatego „w XVI wieku (w latach 1588-1600) przybywali do Zamościa Żydzi sefardyjscy z Turcji i Włoch, w ciągu zaś XVII wieku – z Włoch i Holandii. Na przełomie XVI wieku niektórzy z tych przybyszów wyjechali, ale gmina sefardyjska pozostała, w XVII wieku osiedlili się w Zamościu członkowie znanych rodzin Żydów sefardyjskich: Campos, Castiell, Zakuto, Uziel. Najwięcej Żydów sefardyjskich przybyło w latach 1630-1640”[1].

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Córka głosu

źródło okładki: nk.com.pl
Niebawem – bo już 14 lutego – do księgarń trafi moja najnowsza powieść. Nakładem Wydawnictwa Nasza Księgarnia ukaże się „Córka głosu”, pierwszy tom dylogii „Księga życia Hili Campos”. A tak brzmi oficjalna zapowiedź książki.

Jest rok 1597. W chrześcijańskiej Wenecji Żydzi żyją za murami getta, a za przywilej praktykowania swojej wiary odwdzięczają się wiernością wobec Republiki i poszanowaniem jej praw. Na galeonie handlowym kupiec Menachem Campos wypływa do Stambułu, Hila, jego córka, szykuje się do zaślubin, a młoda synowa spodziewa się narodzin upragnionego syna. Los zdaje się im sprzyjać, lecz do czasu, bo gdy z morza nadchodzą tragiczne wieści, żydowską Wenecją wstrząsają pogłoski o tajemniczych znakach – zwiastunach prześladowań i klęsk…
"Księga życia Hili Campos" to porywająca dylogia opowiadająca o burzliwych dziejach sefardyjskich Żydów, wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii edyktem króla Ferdynanda i królowej Izabeli. Pragnienie znalezienia nowej ojczyzny wiedzie ród Camposów do najpotężniejszych państw szesnastowiecznej Europy, a niekończącym się peregrynacjom przyświeca idea "città ideale" – miasta idealnego. Czy to możliwe, że nazywa się ono Zamość…? [1]

niedziela, 24 grudnia 2017

Świątecznie

premiera 14 lutego 2018 r.
okładka z: nk.com.pl
Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi pracowicie i pewnie dlatego minęły błyskawicznie. Kończenie drugiego tomu dylogii „Księga życia Hili Campos” zajęło mi więcej czasu, niż założyłam początkowo, ale reszta – jak to przed Bożym Narodzeniem: domowe porządki, przedświąteczne zakupy, wyszukiwanie prezentów gwiazdkowych, zwyczajny o tej porze rozgardiasz.

Ale wygospodarowałam chwile na czytanie. „O kotach” Charlesa Bukowskiego to moje najświeższe odkrycie. Posłuchajcie tylko: „Dobrze mieć przy sobie kilka kotów. Kiedy źle się czujesz, wystarczy na nie spojrzeć i zaraz ci się poprawi humor, bo one wiedzą, że wszystko jest tylko takie, jakie jest. Nie ma czym się podniecać. Wiedzą to, i już”*. Cóż, jestem zagorzałą fanką Manxa i jego kocich koleżków. ;-) Dokończyłam też nareszcie „Córkę” Eleny Ferrante, bez wątpienia mojej ulubionej autorki, i dłubałam trochę w miedzi. To ostatnie jest zdumiewająco odprężającym sposobem spędzania czasu, szczerze więc polecam wire wrapping wszystkim zmęczonym i zestresowanym codziennością. Oto co zrobiłam wczoraj:

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Biżuteria z miedzi

dworek w Łucznicy
O warsztatach rękodzieła artystycznego w Stowarzyszeniu „Akademia Łucznica” marzyłam od lat. Jakoś się nie składało, czekałam więc cierpliwie na bardziej sprzyjające okoliczności. Doczekałam się w tym roku. Spędziłam kilka fascynujących dni w klimatycznym, przyjaznym miejscu, sporo się nauczyłam, poznałam ciekawych ludzi. Było to bez wątpienia inspirujące doświadczenie.

tu znajdują się pracownie
We dworze należący w dziewiętnastym wieku do rodu Potockich dziś kwitnie kultura stosowana. Z zewnątrz pobielony, w środku kolorowy gmach tętni życiem, a artystyczny rozgardiasz dodaje mu tylko uroku. Mnóstwo w nim pasjonatów rzemiosła i sztuki; zjeżdżają się ze wszystkich stron Polski, żeby poznawać tajniki ciesielstwa, tkactwa, ceramiki, witrażu, makramy, fotografii i wielu innych technik. Zajęcia odbywają się w świetnie wyposażonych pracowniach, w budynkach położonych nieopodal dworku, zawsze pod okiem znających się na rzeczy instruktorów.

piątek, 17 listopada 2017

Drzwi do przeszłości – „Etykieta japońska”

okładka książki z: www.wuj.pl
Jak wygląda japońska ceremonia parzenia herbaty? Dlaczego chorym nie daje się w Japonii kwiatów doniczkowych? Skąd wziął się zwyczaj noszenia przez Japończyków maseczek zasłaniających nos i usta? Czym różni się japoński uścisk dłoni od europejskiego? Wreszcie: jak zrozumieć, jacy naprawdę są Japończycy i z czego wynika oryginalność i egzotyka ich kultury?

„Etykieta japońska” Boyé Lafayette’a De Mente’a i Geoffa Bottinga to poradnik poświęcony typowym dla Japonii sposobom zachowywania się, tamtejszym formom towarzyskim i ceremoniałom. Wiedzie nas do świątyń i chramów, do metra i łaźni publicznych, do restauracji i na spotkania biznesowe, abyśmy – odbywając „interesującą i pouczającą podróż”[1] – poznali zwyczaje „jednego z najbardziej fascynujących społeczeństw świata”[2]. Ponieważ społeczeństwo Japonii cechuje swoiste połączenie tradycji z nowoczesnością, ale też dążenie do harmonii, rytualizacja różnych stron życia i poszanowanie natury, odkrywamy kraj postępowy, gościnny i coraz bardziej otwarty na inne kultury, jednocześnie zaś jesteśmy uczestnikami „emocjonalnej, intelektualnej i duchowej wycieczki w przeszłość”[3]. Dodam, że jednej z tych wycieczek, które zapadają w pamięć.

sobota, 4 listopada 2017

Chcieliśmy zrobić coś pięknego – „Koń doskonały” Elizabeth Letts

źródło okładki: www.wuj.pl
Janów Podlaski, 1939 rok. „Białe stajnie (…) stadniny, założonej w 1817 roku, na kształt podkowy zamykały z trzech stron rozległy dziedziniec; środkowa nosiła nazwę stajni Zegarowej od prostokątnej wieży z zegarem pośrodku budynku”[1]. W boksach szlachetne konie arabskie o imionach tak tajemniczych i eleganckich jak nazwy gwiazdozbiorów: gniady Witeź z białą gwiazdką na szerokim czole, Wielki Szlem, Witraż, Federacja, Najada, Lotnik… Ich dramatyczne, niezwykle wzruszające wojenne losy Elizabeth Letts, amerykańska pisarka i wielka admiratorka koni, odtworzyła w reportażu historycznym „Koń doskonały. Ratując czempiony z rąk nazistów”. Dzięki wspomnieniom, pamiętnikom i listom ludzi, którzy podczas drugiej wojny światowej walczyli o ich przetrwanie, stworzyła porywającą opowieść o wojennej odysei janowskich arabów i wiedeńskich lipicanów, a także o niemal mistycznej więzi między człowiekiem a jego koniem. Więzi ujętej najdoskonalej w przysłowiu: „Dobry jeździec może usłyszeć mowę swojego rumaka, a wielki jeździec potrafi usłyszeć jego szept”[2].

Araby z Janowa Podlaskiego - współcześnie

Elizabeth Letts nie boi się patosu. Pisząc o arabach z Janowa Podlaskiego i lipicanach z Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w Wiedniu nie stroni od wielkich słów dla podkreślenia wyjątkowości wierzchowców. Każdy ma udokumentowany rodowód, fascynującą biografię, rzadkie i cenne cechy, wśród których odwaga i lojalność wobec ludzkich opiekunów powtarzają się najczęściej. Byłoby to może nieco przesadzone, gdyby nie tocząca się w tle wojna. Witraż i Wielki Szlem cudem uchodzą z bombardowania Drezna. Witeź, nazywany przez autorkę „polskim księciem”, wywieziony przez nazistów z okupowanej Polski do najlepiej strzeżonej stadniny Trzeciej Rzeszy w Hostau, został uratowany przez amerykańskich żołnierzy 2. Pułku Kawalerii przed nadciągającą Armią Czerwoną, która ze zdobycznymi końmi czystej krwi obchodziła się po barbarzyńsku. Federacja, siwa klacz z plamą rudawej sierści, zaginęła podczas ewakuacji janowskiej stadniny we wrześniu 1939 roku. Wstrząsające, budzące protest czytelnika fakty o wojennych losach koni rasowych i tych zwyczajnych, „zaprzęgniętych do wozów artyleryjskich”, „ciągnących ciężkie fury”, „z dziurami od kul”[3], uświadamiają oczywistą, choć może lekceważoną prawdę, że „konie zasługują na to, by je zawsze dobrze traktować”[4].

poniedziałek, 23 października 2017

Domy ze słomy, domy z cegły – „Ślady wilka” Rolanda Schimmelpfenniga

źródło okładki: www.wuj.pl
„Wilki żyją w stadach, ale niektóre zwierzęta muszą czasem opuścić stado, a wtedy wędrują, żeby znaleźć sobie nowe stado, i tak mogą pokonywać duże odległości (…)[1]. Tymczasem ludzie współtworzą społeczności, a gdy te rozpadają się i niszczeją, człowiek – skazany na lęk – traci poczucie sensu istnienia. A choć pragnie odmiany, paraliżuje go głębokie przekonanie, że nic już nie da się zmienić. Co gorsza, wolność wydaje się mu przebrzmiałą ideą w świecie z góry określonych dróg, nie wolno bowiem „wybrać innej niż w szablonie, tak jak w kanale, albo kiedy się idzie wzdłuż szczelin między płytkami i można skręcić tylko wtedy, gdy się dojdzie do końca jednej i zaczyna się druga”[2].

W powieści „Ślady wilka” Rolanda Schimmelpfenniga człowiek wielokrotnie przegląda się w wilczych ślepiach i są to konfrontacje brzemienne w skutki, mimo że trwają krótko, a niekiedy przypominają marzenie albo sen śniony na jawie. Śledzone przez media i łowców sensacji wychudzone zwierzę, żywiąc się odpadkami wyplutymi przez cywilizację, z wolna, lecz konsekwentnie zmierza od lasów Brandenburgii ku Berlinowi, od prowincji gdzieś przy granicy z Polską ku bezdusznej aglomeracji z betonu. A gdy przekracza jej granicę, staje się elektryzującą legendą miejską, kusząc osamotnionych, skazanych na nijakość, szpetotę, poczucie klęski i niespełnienia berlińczyków.

niedziela, 7 maja 2017

Księgi sekretów

Hortus Sanitatis, wydanie z roku 1497;
źródło: bildsuche.digitale-sammlungen.de
Księgi pełne sekretnej wiedzy od czasów starożytnych cieszyły się ogromnym powodzeniem, obiecywały bowiem szybkie zdobycie zdrowia, sławy i miłości. Nie ma to przecież jak poradniki o tym, jak niewiele robiąc, zapewnić sobie szczęście, najlepiej dzięki powszechnie dostępnym ziołom, zwierzętom (ze szczególnym uwzględnieniem ptactwa), owadom,  kamieniom. Wiara w możliwość przewidywania przyszłości, w tajemne prawa naturalne, w nieznane zwykłym ludziom właściwości naturaliów ponoć dziś przeżywa renesans; ja jestem sceptyczką, ale z drugiej strony w starych recepturach znajduję wymowne świadectwo czasów, gdy boleśnie odczuwano brak lekarzy albo gdy im nie ufano, o czym opowiada ówczesna literatura atakująca niekompetencję medyków lub ich chciwość. Nic dziwnego, że ratunku szukano w herbariach, kalendarzach oraz w wątpliwej jakości encyklopediach. Księgi te traktuję też jako przebogate źródło wiedzy o mentalności ludzi sprzed wieków i myślę, jak tę wiedzę wykorzystać w pisanej właśnie książce. A oto przykłady recept; pochodzą z drugiego wieku naszej ery, z kompilacji tekstów kilku anonimowych greckich autorów noszącej tytuł „Kyranides. O magicznych właściwościach roślin, zwierząt i kamieni”. Sporo w nich fantazji, czasem budzącej grozę makabry, ale w gruncie rzeczy są fascynujące.

piątek, 14 kwietnia 2017

Świętujmy!

źródło: www.pinterest.com
Najpierw Niedziela Palmowa, „przebierańcy, usmoleni sadzą koniarze, biegający od chaty do chaty w wywróconych na nice kożuchach i wysokich czapkach z papieru. Stukotem drewnianych młotków stawiali domowników na nogi, więc wpuszczano ich do izb, gdzie domagając się fantów, pletli trzy po trzy. Rejwach był z tego nie lada”[1].

Potem Wielki Piątek i Wielka Sobota, kiedy to „Kraków witał święta dostojnym biciem dzwonów, (…) celebrowano Wielkanoc kwestami, uroczystymi sumami, rezurekcją, święceniem wody i ognia, pielgrzymkami do grobów bożych oraz procesjami, z których najznaczniejsza odbywała się wieczorem na dziedzińcu zamku na Wawelu z asystą honorowego batalionu cesarsko-królewskiej piechoty”[2].

niedziela, 9 kwietnia 2017

Krótka historia tulipanowego szaleństwa

Jan Davidszoon de Heem, Waza z kwiatami, 1660 r.;
źródło obrazu: en.wikipedia.org
Tulipan „wyraża elegancję i wytworną zadumę”[1], jak czytamy w zbiorze „Martwa natura z wędzidłem” Zbigniewa Herberta. Współczesne tulipany urzekają bogactwem kształtów i barw kwiatów, i chyba trudno zdecydować, którym przyznać palmę pierwszeństwa. Tym o intensywnie czerwonych płatkach i czarnym dnie z żółtą obwódką (odmiana Apeldoorn wyhodowana w 1951 roku[2])? Albo eleganckim i wysmukłym, z bordowymi płatkami obwiedzionymi jasnożółtym pasmem przypominającym połyskliwą, grubą jak aksamit wstążkę (odmiana Gavota, wyhodowana w 1995 roku)? Ja wolę kwiaty ciemne, harmonizujące z zielenią liści, i pewnie dlatego zachwycam się Negritą (wyhod. w 1970 r.), purpurowym tulipanem o niebieskim dnie kwiatowym. Ale kwiaty wielobarwne, cieniowane lub z delikatnymi domieszkami kolorów też mają wiele uroku, jak choćby tulipany Rembrandta, których niepowtarzalne ubarwienie przywodzi na myśl plamy malarskie, a jest skutkiem działania wirusa przenoszonego przez mszyce. Jednak tulipany nie budzą dziś takich namiętności jak w siedemnastym wieku, kiedy „rozpętały zbiorowe i nieokiełznane namiętności”[3], rodzaj zbiorowej gorączki, manii połączonej z kultem, wreszcie szaleństwa.

czwartek, 30 marca 2017

Dwa miasta

John Singer Sargent, Venetian  Water Carriers, 1880-1882;
źródło obrazu: www.the-athenaeum.org
Kochani! Moja nowa powieść, pierwszy tom dylogii, ukaże się już w sierpniu nakładem Wydawnictwa Nasza Księgarnia. Dwa wyjątkowe szesnastowieczne miasta, jedno w Italii, drugie w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, są tłem dla opowieści zamkniętej w cykl o zakazanych namiętnościach, fascynujących i niebezpiecznych peregrynacjach, wielkich interesach, osobliwościach odkrytego świata i miłości do ksiąg, lecz przede wszystkim o trwałości więzów rodzinnych oraz o tym, że „wspólnota pokrewieństwa pociąga za sobą wspólnotę losów”[1]. A choć nie zdradzę jeszcze zbyt wiele, bo nie podam tytułu ani nie pokażę okładki, podsunę obrazy (garstkę z wielu), które mnie zainspirowały, a Wam dadzą przedsmak tego niesamowitego świata. Posłużę się malarstwem Johna Singera Sargenta (1856-1925); mimo że znacznie późniejsze, buduje niepowtarzalny klimat. Zapraszam do pierwszego miasta: do Wenecji.

niedziela, 26 marca 2017

Zaklinanie strachu

Hieronim Bosch, Statek szaleńców,
ok. 1510-1515;
źródło: pl.wikipedia.org
Strach jest dzieckiem wyobraźni. „Nie ma człowieka, który wzniósłby się ponad strach (…) i który mógłby się chwalić, że go uniknął”[1]. Boimy się, bo uświadamiamy sobie niebezpieczeństwo i podejrzewamy, że jest zbyt potężne, abyśmy uszli cało. Dręczą nas lęki prywatne, ale ponieważ podlegamy wpływom społeczności, do których przynależymy, dzielimy z nimi strach zbiorowy. Czego obawiamy się najczęściej? Czy nasze lęki choć w niewielkim stopniu przypominają te sprzed wieków? Zdaniem autora książki „Strach w kulturze Zachodu” w XVI i XVII wieku lista lęków indywidualnych i zbiorowych była niezwykle długa: bano się dżumy, demonów, wojny, głodu, grzechu, śmierci, żywiołów, wilków, czarów, morza…


Wolałbym umrzeć suchą śmiercią
Statek głupców, anonimowy drzeworyt niemiecki z 1549 r.;
źródło: pl.wikipedia.org
Człowiek początków nowożytności drżał z lęku, patrząc na wzburzone morze, a gdy wchodził na pokład statku, powtarzał, że nie ma straszliwszych niebezpieczeństw od tych, które podróżnikowi zgotuje żywioł wodny. Przygód żeglarskich wystrzegano się bardziej niż wojennych i nawet doświadczeni marynarze uważali, że najgorszym rodzajem śmierci jest utonięcie w bezkresnych odmętach. W „Burzy” Williama Szekspira radcę Gonzala tak bardzo trwoży perspektywa zatonięcia statku, na którym płynie, że zaklina los, błagając o choćby skrawek lądu: „Niech to będą nieużytki, piachy, wrzosowiska, byle co. Dziej się wola Boża! ale bym wolał umrzeć suchą śmiercią”[2]. I nic w tym dziwnego, w tamtych czasach bowiem śmierć na morzu uważano za nienaturalną, a na głębiny morskie „patrzono (…) jak na świat marginalny, umiejscowiony poza potocznym doświadczeniem”[3]. Co więcej, był to świat dziwnych i groźnych istot: syren, cyklopów, strzyg oraz zwierząt tak przerażających (lub fantastycznych), że ich wizerunki ozdabiały ówczesne bestiariusze. Co ciekawe, oprócz ludzi o głowach psów, ludzi bez głów, ludzi z oczami na brzuchu albo o jednej stopie lękano się doskonale nam znanych drapieżników. Z XV wieku pochodzi relacja o potworach zamieszkujących Egipt Dolny, czyli o krokodylach i hipopotamach, a „na wyżynie, która jest ku Wschodowi, siedzi mnogość dzikich i jadowitych bestii, jak lwy, leopardy, pantery, tygrysy i bazyliszki, smoki, węże i jaszczury, a jest w nich nader niebezpieczna i śmiercionośna trucizna”[4].

środa, 15 marca 2017

Wolność – ona istnieje. „Kruso” Lutza Seilera

okładka książki z: www.wuj.pl
Hiddensee, wysepka położona za zachód od Rugii, porośnięta kępami rokitnika, wrzosowiskami i lasami sosnowymi, zamieszkana przez niezliczone gatunki ptactwa, z piaszczystą plażą, portem pasażerskim i dwiema latarniami morskimi jest dziś rajem dla turystów. Kusi barwną historią, choćby opowieściami o założonym tam przed wiekami klasztorze cysterskim czy o artystach i naukowcach, którzy dla wypoczynku przyjeżdżali do miejscowych pensjonatów. Bywał tu Zygmunt Freud, Albert Einstein, Tomasz Mann, Billy Wilder, a pisarz i dramaturg Gerhart Hauptmann, znany w Polsce jeszcze zanim przyznano mu Nobla w dziedzinie literatury (w Krakowie w 1905 roku Teatr Ludowy wystawiał jego „Tkaczy”), związał się z Hiddensee na stałe. Jest to więc miejsce wyjątkowe, z lokalnymi legendami mówiącymi i o zamierzchłej przeszłości, i o czasach nie tak dawnych, bo ta mikroskopijna wysepka nie oparła się historii najnowszej. W latach istnienia Niemieckiej Republiki Demokratycznej dochodziło tu do aktów buntu przeciwko socjalistycznej rzeczywistości – do ucieczek z kraju do nieodległej Danii. Właśnie te zdarzenia zainspirowały niemieckiego poetę i pisarza Lutza Seilera do stworzenia gęstej od aluzji literackich robinsonady „Kruso”.

piątek, 10 marca 2017

Kolekcjonerzy wrażeń

Venationes Ferarum, Avium, Piscium, ok. 1596 r.
źródło: www.britishmuseum.org
Gromadzimy wrażenia: fotografujemy, kręcimy filmiki, prowadzimy blogi, a wszystko po to, by zatrzymać i utrwalić chwile. Tworzymy subiektywną dokumentację życia, nawet jeśli płynie ono spokojnie gdzieś na peryferiach świata, z dala od wstrząsających nim zawieruch wielkiej historii. Nie inaczej było dawniej. Chociażby przed półwieczem, jakby nam i naszym przodkom przyświecało to samo pragnienie odciśnięcia po sobie śladu – i tylko metody wybieramy inne. O szesnastym i siedemnastym wieku, o ówczesnych wojnach, epidemiach, procesach o czary, odkryciach naukowych i geograficznych, a także o konfliktach społecznych i obyczajach opowiadają spisane wtedy diariusze. Obok rzeczowości i zwięzłości widać w nich autentyczne emocje autorów opisujących podróże po Europie, podających zasłyszane pogłoski i odtwarzających lokalne sensacje. W codziennych zapiskach mierzą się z tym, co zrozumiałe i z tym, czego nie umieją wyjaśnić, a więc z przeczuciami, omenami, snami i z wszelkiego rodzaju metafizyką, w którą zazwyczaj wierzą bez zastrzeżeń. Lektura owych diariuszów uzmysławia dziś, że choć czas zmienia oblicze świata, to niekoniecznie człowieka.

sobota, 25 lutego 2017

Yōkai

Kadr z filmu Sny Akiry Kurosawy z 1990 r.;
nowela Słońce świecące przez deszcz i orszak kitsune;
źródło: pl.pinterest.com
Przed tradycyjny japoński dom wychodzi chłopiec w kimonie. Mimo że zza ogrodzenia dobiega szum padającego deszczu, przez chmury przeciska się słońce, mamy więc do czynienia z dość rzadkim stanem zawieszenia między pogodą a niepogodą. Matka chłopca winą za owo zjawisko obarcza kitsune, złe lisy, bo gdy ulewie towarzyszy słońce, z dala od ludzkich oczu żenią się i urządzają ślubne procesje, i nie lubią, by je wówczas podglądać. Ale chłopiec wymyka się do lasu. Kryjąc się za pniami drzew, wypatruje weselników, a gdy wyłaniają się z oparów gęstej mgły, daje im się zauważyć. Ponieważ widział to, czego widzieć nie powinien, nie uniknie kary.

pochód kitsune
Hokusai Katsushika
źródło: en.wikipedia.org
Nowela „Słońce świecące przez deszcz” rozpoczyna „Sny” Akiry Kurosawy, film pełnymi garściami czerpiący z folkloru Japonii. Obdarzone darem przemiany postaci kitsune należą przecież do yōkai, „tajemniczych zjawisk i dziwnych rzeczy”[1] od wieków obecnych w japońskich legendach, baśniach i wierzeniach, przedstawianych w sztukach wizualnych, zwłaszcza na obrazkowych zwojach i drzeworytach, opisywanych w dawnej i najnowszej literaturze, obecnych w kulturze popularnej i we współczesnych pracach naukowych. To „duchy, gobliny, zjawy, widma, upiory, zmiennokształtni, demony, istoty fantastyczne, zjawiska ponadnaturalne i (…) potwory”[2] kojarzone głównie z zagubionymi na odległej prowincji wioskami, niedostępnymi górami, starymi miastami, rzekami i stawami, a nawet z wnętrzami domów. Powołano je do istnienia dla wyjaśnienia „tego, co nieznane, budzące strach, co napełnia (…) niepokojem”[3]. Typowy dla folkloru Japonii animizm, przekonanie, że „wszystko, co nas otacza – skały, rzeki, a nawet instrumenty muzyczne – może zawierać w sobie żywotną siłę czy też ducha”[4], przejawia się właśnie w opowieściach o yōkai (z pozoru zwyczajny japoński parasol z bambusa i natłuszczonego papieru może się okazać kasa-bake, parasolkowym potworem).

sobota, 18 lutego 2017

Księgobójca

Gdybyście musieli nagle opuścić dom i z jakiegoś powodu nie moglibyście już nigdy do niego wrócić, co zabralibyście ze sobą? Które z nagromadzonych przez lata rzeczy uznalibyście za niezbędne i dlaczego właśnie z nimi nie chcielibyście się rozstać? Byłyby praktyczne? Piękne, choć bezużyteczne? Z pozoru bezwartościowe, bo znaczyłyby coś tylko dla Was (inni widzieliby w nich jedynie rupiecie)? A może nie macie natury zbieraczy, nie zagracacie domu tym, co nietrwałe i tandetne, i co sprawia, że żyje się dziś jak „na kupie śmieci”[1]?

okładka z: Wyd. Czarna Owca
W 2011 roku Judith de Leeuw, artystka z Amsterdamu, policzyła wszystkie swoje rzeczy. Opróżniła dom z „przedmiotów, a następnie umieściła dobytek w portowym składzie. Policzyła wszystkie łyżki, zabawki dziecka, otwieracze do konserw, wazony, zeszyty, buty, lampy i doszła do zatrważającego wniosku, że jej trzyosobowa rodzina posiada ponad piętnaście tysięcy rzeczy”[2]. Dla kontrastu: w 1968 roku opuszczający Polskę Ludową Żydzi „musieli sporządzić listę przedmiotów, które zamierzali ze sobą zabrać. Pozycja numer dziewiętnaście: drewniany naszyjnik, pamiątka rodzinna. Numer dwadzieścia siedem: »Elementarz Falskiego«. Numer sto pięćdziesiąt pięć: album »Ostrowiec Świętokrzyski w fotografiach«. W zamian otrzymali granatowy »dokument« podróży, tak zwany paszport w jedną stronę. Przyjechali do Amsterdamu nocnym pociągiem, z pięcioma walizkami zawierającymi około dwustu przedmiotów, z którymi nie chcieli się rozstać w swoim nowym życiu”[3]. O dysonansach między przeszłością a teraźniejszością, o dwudziestowiecznym Amsterdamie i polskich emigrantach (albo: wygnańcach z Polski), o książkach i księgarenkach, o starzeniu się, niemijających przyjaźniach i trudnych miłościach, wreszcie o gromadzeniu rzeczy, „balastu, który nas powoli uśmierca”[4], mówi znakomity „Księgobójca” Mai Wolny.

piątek, 10 lutego 2017

Lamparta szukam o odwadze lwa…

źródło ilustracji: Die Bombe, r. 1924;
z: http://anno.onb.ac.at

Pamiętacie panią Meliton? Swatkę, która w swoim mieszkaniu „ułatwiała schadzki zakochanym”[1] i która, doznawszy w młodości bolesnych zawodów miłosnych, porzuciła myśl o zamążpójściu, po czym „brała pieniądze za ułatwianie znajomości ludziom”[2], kojarząc mniej lub bardziej szczęśliwe mariaże. Gdy Wokulski wrócił z Bułgarii z fortuną, o której „opowiadano cuda, pani Meliton sama zaczepiła go o pannę Izabelę, ofiarowując swoje usługi. I stanął milczący układ: Wokulski płacił hojnie, a pani Meliton udzielała mu wszelkich informacji o rodzinie Łęckich i związanych z nimi osobach wyższego świata”[3]. Ale równie popularnym sposobem szukania żony lub męża były przed stu laty ogłoszenia matrymonialne. U schyłku dziewiętnastego wieku pojawiały się w prasie codziennej, lecz już dwie dekady później w tygodnikach i miesięcznikach specjalizujących się w kojarzeniu małżeństw, choćby w ukazującym się od 1917 roku dwumiesięczniku „Fortuna-Versal”, pierwszym w Polsce piśmie matrymonialnym towarzyskim (jego motto: „Nadzieja to życie”). Dziś te wiekowe anonse przeważnie bawią, ale że małżeństwo jest sprawą śmiertelnie poważną, czytając je, uśmiechnijmy się z nostalgią.

sobota, 21 stycznia 2017

Maszkary

karnawał w Norymberdze, XVI/XVII w.;
źródło: TU
Przypadające na ostatnie dni karnawału zapusty (mięsopusty, ostatki) obchodzono w dawnej Polsce hucznie, z rozmachem, nie szczędząc grosza, jedząc ponad miarę i pijąc do upadłego. „Po dworach, miastach, a niekiedy i w wiejskich karczmach rozbrzmiewała muzyka, szły tany, słychać było wesołe, specjalnie na mięsopust przystosowane frantowskie piosenki. Ponadto odbywało się wiele specjalnych zabaw. Po wsiach zaczynały (…) chodzić turonie, niedźwiedzie i wilki, mieszczanie i szlachta gustowali natomiast w »maszkarach«, czyli w zakładaniu masek”[1]. Maski te albo przywożono z Włoch, albo kupowano w warsztatach polskich maszkarników, którzy specjalizowali się w wyrabianiu masek zapustnych.