niedziela, 7 maja 2017

Księgi sekretów

Hortus Sanitatis, wydanie z roku 1497;
źródło: bildsuche.digitale-sammlungen.de
Księgi pełne sekretnej wiedzy od czasów starożytnych cieszyły się ogromnym powodzeniem, obiecywały bowiem szybkie zdobycie zdrowia, sławy i miłości. Nie ma to przecież jak poradniki o tym, jak niewiele robiąc, zapewnić sobie szczęście, najlepiej dzięki powszechnie dostępnym ziołom, zwierzętom (ze szczególnym uwzględnieniem ptactwa), owadom,  kamieniom. Wiara w możliwość przewidywania przyszłości, w tajemne prawa naturalne, w nieznane zwykłym ludziom właściwości naturaliów ponoć dziś przeżywa renesans; ja jestem sceptyczką, ale z drugiej strony w starych recepturach znajduję wymowne świadectwo czasów, gdy boleśnie odczuwano brak lekarzy albo gdy im nie ufano, o czym opowiada ówczesna literatura atakująca niekompetencję medyków lub ich chciwość. Nic dziwnego, że ratunku szukano w herbariach, kalendarzach oraz w wątpliwej jakości encyklopediach. Księgi te traktuję też jako przebogate źródło wiedzy o mentalności ludzi sprzed wieków i myślę, jak tę wiedzę wykorzystać w pisanej właśnie książce. A oto przykłady recept; pochodzą z drugiego wieku naszej ery, z kompilacji tekstów kilku anonimowych greckich autorów noszącej tytuł „Kyranides. O magicznych właściwościach roślin, zwierząt i kamieni”. Sporo w nich fantazji, czasem budzącej grozę makabry, ale w gruncie rzeczy są fascynujące.

piątek, 14 kwietnia 2017

Świętujmy!

źródło: www.pinterest.com
Najpierw Niedziela Palmowa, „przebierańcy, usmoleni sadzą koniarze, biegający od chaty do chaty w wywróconych na nice kożuchach i wysokich czapkach z papieru. Stukotem drewnianych młotków stawiali domowników na nogi, więc wpuszczano ich do izb, gdzie domagając się fantów, pletli trzy po trzy. Rejwach był z tego nie lada”[1].

Potem Wielki Piątek i Wielka Sobota, kiedy to „Kraków witał święta dostojnym biciem dzwonów, (…) celebrowano Wielkanoc kwestami, uroczystymi sumami, rezurekcją, święceniem wody i ognia, pielgrzymkami do grobów bożych oraz procesjami, z których najznaczniejsza odbywała się wieczorem na dziedzińcu zamku na Wawelu z asystą honorowego batalionu cesarsko-królewskiej piechoty”[2].

niedziela, 9 kwietnia 2017

Krótka historia tulipanowego szaleństwa

Jan Davidszoon de Heem, Waza z kwiatami, 1660 r.;
źródło obrazu: en.wikipedia.org
Tulipan „wyraża elegancję i wytworną zadumę”[1], jak czytamy w zbiorze „Martwa natura z wędzidłem” Zbigniewa Herberta. Współczesne tulipany urzekają bogactwem kształtów i barw kwiatów, i chyba trudno zdecydować, którym przyznać palmę pierwszeństwa. Tym o intensywnie czerwonych płatkach i czarnym dnie z żółtą obwódką (odmiana Apeldoorn wyhodowana w 1951 roku[2])? Albo eleganckim i wysmukłym, z bordowymi płatkami obwiedzionymi jasnożółtym pasmem przypominającym połyskliwą, grubą jak aksamit wstążkę (odmiana Gavota, wyhodowana w 1995 roku)? Ja wolę kwiaty ciemne, harmonizujące z zielenią liści, i pewnie dlatego zachwycam się Negritą (wyhod. w 1970 r.), purpurowym tulipanem o niebieskim dnie kwiatowym. Ale kwiaty wielobarwne, cieniowane lub z delikatnymi domieszkami kolorów też mają wiele uroku, jak choćby tulipany Rembrandta, których niepowtarzalne ubarwienie przywodzi na myśl plamy malarskie, a jest skutkiem działania wirusa przenoszonego przez mszyce. Jednak tulipany nie budzą dziś takich namiętności jak w siedemnastym wieku, kiedy „rozpętały zbiorowe i nieokiełznane namiętności”[3], rodzaj zbiorowej gorączki, manii połączonej z kultem, wreszcie szaleństwa.

czwartek, 30 marca 2017

Dwa miasta

John Singer Sargent, Venetian  Water Carriers, 1880-1882;
źródło obrazu: www.the-athenaeum.org
Kochani! Moja nowa powieść, pierwszy tom dylogii, ukaże się już w sierpniu nakładem Wydawnictwa Nasza Księgarnia. Dwa wyjątkowe szesnastowieczne miasta, jedno w Italii, drugie w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, są tłem dla opowieści zamkniętej w cykl o zakazanych namiętnościach, fascynujących i niebezpiecznych peregrynacjach, wielkich interesach, osobliwościach odkrytego świata i miłości do ksiąg, lecz przede wszystkim o trwałości więzów rodzinnych oraz o tym, że „wspólnota pokrewieństwa pociąga za sobą wspólnotę losów”[1]. A choć nie zdradzę jeszcze zbyt wiele, bo nie podam tytułu ani nie pokażę okładki, podsunę obrazy (garstkę z wielu), które mnie zainspirowały, a Wam dadzą przedsmak tego niesamowitego świata. Posłużę się malarstwem Johna Singera Sargenta (1856-1925); mimo że znacznie późniejsze, buduje niepowtarzalny klimat. Zapraszam do pierwszego miasta: do Wenecji.

niedziela, 26 marca 2017

Zaklinanie strachu

Hieronim Bosch, Statek szaleńców,
ok. 1510-1515;
źródło: pl.wikipedia.org
Strach jest dzieckiem wyobraźni. „Nie ma człowieka, który wzniósłby się ponad strach (…) i który mógłby się chwalić, że go uniknął”[1]. Boimy się, bo uświadamiamy sobie niebezpieczeństwo i podejrzewamy, że jest zbyt potężne, abyśmy uszli cało. Dręczą nas lęki prywatne, ale ponieważ podlegamy wpływom społeczności, do których przynależymy, dzielimy z nimi strach zbiorowy. Czego obawiamy się najczęściej? Czy nasze lęki choć w niewielkim stopniu przypominają te sprzed wieków? Zdaniem autora książki „Strach w kulturze Zachodu” w XVI i XVII wieku lista lęków indywidualnych i zbiorowych była niezwykle długa: bano się dżumy, demonów, wojny, głodu, grzechu, śmierci, żywiołów, wilków, czarów, morza…


Wolałbym umrzeć suchą śmiercią
Statek głupców, anonimowy drzeworyt niemiecki z 1549 r.;
źródło: pl.wikipedia.org
Człowiek początków nowożytności drżał z lęku, patrząc na wzburzone morze, a gdy wchodził na pokład statku, powtarzał, że nie ma straszliwszych niebezpieczeństw od tych, które podróżnikowi zgotuje żywioł wodny. Przygód żeglarskich wystrzegano się bardziej niż wojennych i nawet doświadczeni marynarze uważali, że najgorszym rodzajem śmierci jest utonięcie w bezkresnych odmętach. W „Burzy” Williama Szekspira radcę Gonzala tak bardzo trwoży perspektywa zatonięcia statku, na którym płynie, że zaklina los, błagając o choćby skrawek lądu: „Niech to będą nieużytki, piachy, wrzosowiska, byle co. Dziej się wola Boża! ale bym wolał umrzeć suchą śmiercią”[2]. I nic w tym dziwnego, w tamtych czasach bowiem śmierć na morzu uważano za nienaturalną, a na głębiny morskie „patrzono (…) jak na świat marginalny, umiejscowiony poza potocznym doświadczeniem”[3]. Co więcej, był to świat dziwnych i groźnych istot: syren, cyklopów, strzyg oraz zwierząt tak przerażających (lub fantastycznych), że ich wizerunki ozdabiały ówczesne bestiariusze. Co ciekawe, oprócz ludzi o głowach psów, ludzi bez głów, ludzi z oczami na brzuchu albo o jednej stopie lękano się doskonale nam znanych drapieżników. Z XV wieku pochodzi relacja o potworach zamieszkujących Egipt Dolny, czyli o krokodylach i hipopotamach, a „na wyżynie, która jest ku Wschodowi, siedzi mnogość dzikich i jadowitych bestii, jak lwy, leopardy, pantery, tygrysy i bazyliszki, smoki, węże i jaszczury, a jest w nich nader niebezpieczna i śmiercionośna trucizna”[4].